niedziela, 31 stycznia 2010
Pomagać – jak to łatwo powiedzieć (cz. 1)
Pomoc i pomagać odmieniamy w różnych przypadkach w naszej codziennej pracy.
Ale – pomoc pomocy nie równa. Przekonał się już o tym niejeden beneficjent, czyli ten, komu pomagano. I przekonał się już niejeden wolontariusz i pracownik NGO’s.
Pomoc trzeba umieć przyjąć, a najpierw się o nią zwrócić. Niejednokrotnie, gdy dowiadujemy się, że pomoc jest potrzebna jest już za późno. A to najczęściej dlatego, że problemy są już tak nawarstwione, że ich rozwiązanie graniczy z cudem. Można już wtedy najwyżej łagodzić skutki, ale z efektywnym pomaganiem niewiele ma to wspólnego. Dzieje się tak jednak nie dlatego, że ludzie są fajtłapami i nawet o pomoc nie potrafią poprosić, ale dlatego, że poprosić o pomoc wcale nie jest łatwo. Upokorzenie, obniżone poczucie własnej wartości, odbieranie prośby o pomoc jako żebrania – wszystko to powoduje, że trudno jest przyznać się, iż samodzielnie nie daje się rady. Uczucia te – paradoksalnie – potęgują się, gdy otrzymuje się wsparcie.
I rozum nie ma tu nic do gadania. Czym innym jest rozumienie własnej sytuacji, a czym innym uczucia. Z podobną sytuacją każdy z nas miał do czynienia zapewne nie raz, gdy wiedział, że nie ma sensu się złościć, a mimo to nerwy go ponosiły.
Tu w grę wchodzi pewne zjawisko psychologiczne. Pisał o nim i badał je Albert Bandura. Twórca teorii społecznego uczenia się stwierdził mianowicie, że niezwykle ważne jest dla każdego człowieka tzw. poczucie sprawstwa. Mówiąc „po ludzku” chodzi o przekonanie, że wykonanie zadania leży w zakresie własnych możliwości. Człowiek pozbawiony takiego przekonania traci też poczucie kontroli nad swoim życiem. Prowadzi to do lęku, nierzadko załamań i depresji.
Na tym się jednak nie kończy. Osoba pozbawiona poczucia sprawstwa narażona jest na niekorzystne zmiany w swoim życiu. Stąd bowiem blisko już do przyjęcia postawy wyuczonej bezradności lub wyuczonej agresji. Człowiek tyle razy próbował i tyle razy jego próby spełzły na niczym, że przestaje starać się o cokolwiek lub wrogo nastawia się do wszystkiego i wszystkich, bo wydaje mu się, że o wszystko musi walczyć. O tym jednak innym razem. Tu mówimy o ludziach, którzy jeszcze nie wpadli całkowicie w ten „dołek”, choć pewne elementy bezradności zawsze pojawiają się w przypadku osób, które z jakiegoś powodu potrzebują pomocy. Nierzadko możemy mieć też do czynienia z agresją lub autoagresją. Czy jest to bowiem niepełnosprawność, choroba czy zbyt duże nawarstwienie niekorzystnych zmian w otoczeniu, człowiek już w jakimś stopniu doświadczył własnej „niewydolności” i wdrożył jakieś „środki zaradcze”, które często niewiele dały.
Generalnie też możemy przyjąć, że ludzkie postępowanie zależne jest od tzw. umiejscowienia kontroli. Są osoby, które mają wewnętrzne poczucie kontroli, czyli czują, że to co im się przytrafia ma źródło w ich poczynaniach. Innymi słowy, wychodzą z założenia, że „jak sobie pościelą, tak się wyśpią”. Są też tacy ludzie, u których w procesie dojrzewania społecznego wytworzyło się zewnętrzne poczucie kontroli, czyli nie czują oni, że mają na cokolwiek wpływ i raczej postępowanie innych i okoliczności kształtują ich życie. Te dwie postawy tworzą jakby dwa skrajne punkty między którym „umiejscawia się” poczucie kontroli większości ludzi.
Trudno powiedzieć, które osoby lepiej znoszą przymusowe sytuacje, w których trzeba zwrócić się o pomoc.
W przypadku osób o zewnętrznym poczuciu kontroli sprawa zwykle jest dłuższa. Szybciej szukają pomocy, za to pomaganie im musi uwzględnić także „naukę samodzielności” – wypracowanie poczucia, że mogą i potrafią załatwiać swoje sprawy. Tu zwykle konieczny jest stały monitoring, nierzadko opieka psychologa, a najlepiej coacha (trenera). Osoby takie dłużej pozostają w systemie pomocy, korzystają czasem z kilku źródeł wsparcia, jest to jednak mało efektywne i dlatego wymaga czasu.
Wydaje się, że osoby o wewnętrznym poczuciu kontroli zwykle trafiają do systemu pomocy później, problemy są bardziej nawarstwione, zwykle jest ich dużo, bo też dużo trzeba, żeby zachwiać życiem takiego człowieka. Trudno im pomóc, ponieważ mało mówią o swoich kłopotach, nierzadko same wybierają problemy, w których – według nich – potrzebują wsparcia, a nie zawsze ich ocena jest prawidłowa. Zwykle źle znoszą każdą sytuację, w której sobie nie radzą, nie mówią wprost o swoich problemach, łatwo tracą równowagę, bywają nerwowe, a nawet agresywne. Jest to związane z tym, że próbują jak najszybciej odzyskać kontrolę nad swoim życiem i wrócić do stanu sprzed „załamania” i samodzielności. Z jednej więc strony niełatwo udzielić pomocy takim osobom, z drugiej jednak są one bardziej samodzielne i zwykle szybciej „stają na nogi”. (Szerzej o problemach, jakie stwarza to pomagającym następnym razem).
Nierzadko prośba o pomoc przybiera więc też dziwne, żeby nie powiedzieć dziwaczne formy. Bywa niegrzeczna, zamaskowana agresją, bywa oblana łzami, a z pewnością okupiona jest wysoką ceną. Z czasem oczywiście bywa, że człowiek od pomocy się uzależnia, ale to temat na inny wpis. Nie jest to sytuacja normalna, i nie o takich sytuacjach dziś mówimy.
Tu mamy do czynienia z „rozdwojeniem” – głowa sobie, serce sobie. Człowiek wie, że powinien zwrócić się do kogoś o pomoc, ale zwleka, ma nadzieję na „coś” (tzn. na cokolwiek), byle tylko „zachować twarz”. A gdy owo „coś” się nie wydarza i w obliczu katastrofy, nie dość, że „twardo ląduje”, to jeszcze trudno mu pomóc.
Na to wszystko mogą nakładać się jeszcze zaburzenia roli społecznej. Każdy z nas pełni w sowim życiu co najmniej kilka ról, np.: żony, matki, ojca, męża, pracownika, przyjaciela. Istnieją też społecznie przyjęte wzorce, jak dane role powinny wyglądać (treść roli). Te niepisane reguły mówią nam co, kiedy i jak powinniśmy robić. W trudnych chwilach okazuje się nierzadko, że jakiejś części naszych „obowiązków” wynikających z roli nie wypełniamy lub wywiązujemy się z nich niewłaściwie (a przynajmniej tak sądzimy). Jest to źródło kolejnych napięć, zarówno wewnętrznych (konflikt ról), jak i z otoczeniem. Odbiorcy roli bowiem (ci, którzy nas obserwują i oceniają) też nierzadko „dolewają oliwy do ognia”, najczęściej zupełnie nieświadomie, wytykając czego nie robimy, a co zrobić powinniśmy.
A i to jeszcze nie wszystko. Takie zjawiska, jak lęk społeczny, umiejętność nawiązywania kontaktów, temperament (stabilność emocjonalna), otwartość na doświadczenie i poziom lęku przed zmianami tworzą konglomerat wielu zjawisk, które mogą ulec zaburzeniu. O tym pomówimy dokładniej przy okazji niepełnosprawności, czemu też warto przyjrzeć się bliżej.
To wszystko jednak to jedna strona medalu. O tym, jakie pułapki tkwią w udzielaniu pomocy - następnym razem.
Do zobaczenia :)
Etykiety:
działalność społeczna,
ngo,
niepełnosprawność,
organizacja pozarządowa,
pomoc,
sprawność
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

