Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty
sobota, 6 marca 2010
Pomagać – jak to łatwo powiedzieć (cz. 2)
Dziś kontynuujemy poprzedni temat – była mowa o przyjmowaniu pomocy.
Inną sprawą jest udzielanie pomocy. Jest to równie trudne i najeżone przeszkodami, jak jej przyjmowanie. Po pierwsze dlatego właśnie, że sytuacja jest niezmiernie delikatna. Mamy przed sobą człowieka, którego problem wdeptał w ziemię, jego poczucie własnej wartości i godności znajduje się na poziomie gruntu, a bywa, że niżej, czuje się upokorzony, nierzadko zbuntowany przeciw losowi i ludziom. Taki człowiek często albo zgadza się na wszystko, choć nie do końca rozumie, czego od niego się oczekuje lub nie do końca się zgadza, ale uważa, że skoro pomagają, to powinien przyjąć wszystko bez gadania. Niektórzy są agresywni w różny sposób. Bywa, że przybiera to postać pretensji do wszystkich, wypowiedzi są gwałtowne lub złośliwe, bądź pretensji do siebie – „jak mogłem być takim kretynem” (łagodnie mówiąc), „to wszystko moja wina, gdybym był mądrzejszy...”, „należało mi się, skoro byłem takim idiotą...”. To do niczego dobrego nie prowadzi.
Nie jest to też platforma do współpracy. Współpraca jest konieczna, pomoc bowiem nie polega tylko na tym, by zaspokoić sygnalizowane potrzeby – trzeba zawsze brać pod uwagę, że ocena osoby bezpośrednio zaangażowanej w problemy nie będzie właściwa. Zdarza się nierzadko, że beneficjent dostrzega jedynie skutki. Dużo trudniej jest dojść do przyczyn problemów. Zaspokojenie podstawowych potrzeb nie zamyka sprawy, bo problemy będą wracać, jeśli nie zlikwiduje się przyczyn. Inaczej pomoc nie będzie skuteczniejsza, niż leczenie anginy okładami na głowę.
Bywa, że klient dokładnie wie, czego potrzebuje – a przynajmniej tak mu się wydaje – zwłaszcza w przypadku osób starszych, które przez całe życie dobrze sobie radziły i nagle stanęły „pod ścianą”. I tu trzeba pamiętać – niczego na siłę się nie dokona. Trzeba tu dokładnie rozważyć sposób udzielenia pomocy, a nawet powstrzymanie się od działania, bowiem bywa, że najwłaściwsza pomoc polega na powstrzymaniu się od pomocy, choć to niełatwe. Nie można bowiem w zasadzie pomóc komuś, kto sam sobie pomóc nie chce. Poza tym zdarza się, że klient ma rację. Wie czego potrzebuje „by ruszyć z miejsca”, a z resztą sam sobie już poradzi. I nie ma co go do pomocy zmuszać, ani szczególnie namawiać, bo też kim my jesteśmy, żeby układać mu życie według własnych wyobrażeń. Sam musi przekonać się czy i jakiej jeszcze pomocy będzie potrzebował. Istotne jest więc, by nie zamykać drzwi, nie palić mostów. Zawrzeć partnerską umowę, że jeśli okaże się, iż to nie wszystko, spotkamy się znów, na zasadach partnerskich. Krytykowanie jego postawy nie przyniesie nic dobrego. Można oczywiście w rozmowie spróbować dojść do tego, czy nie lepiej byłoby ogarnąć szersze problemy, czy nie łatwiej byłoby zniwelować błędy, by więcej energii poświęcić na pójście do przodu, zamiast rozwiązywania problemów. Zawsze jednak decyzje powinny być podejmowane w partnerstwie, a nie arbitralnie.
Ale zawsze trzeba dużo ostrożności. Krytyka może pogłębić problemy, „dobić” pokonanego, zaostrzyć sytuację, zwiększyć agresję. Trzeba więc tak pokierować rozmową, by osoba, której się pomaga dobrze zdała sobie sprawę, że nie jest ani za głupia, żeby sobie poradzić, ani zbyt słaba, a jedynie – jak każdy – popełnia błędy, które można usunąć i zabezpieczyć się w miarę możliwości przed powtórzeniem się sytuacji. Najlepiej byłoby, gdyby beneficjent „sam” wpadł na pomysł rozwiązań. Łatwo napisać, ale dużo trudniej zrobić. Po pierwsze dlatego, że skoro dotąd nie wpadł na rozwiązanie, może to wynikać z braku wiedzy, choćby o instytucjach, czy prawach, z pomocy których można było skorzystać. I tylko dlatego, że z nami rozmawia nie zostanie nagle w tej materii oświecony. Krytyka więc w pewien sposób się pojawia, zwłaszcza, gdy beneficjent zrobił coś wręcz odwrotnego, niż powinien. Tu najważniejsze okazują się zasady asertywności, która nie jest – wbrew obiegowym opiniom – tylko umiejętnością właściwego mówienia „nie”. To także umiejętność zadawania pytań, szacunek dla cudzych wyborów i cudzego zdania, a w tej pracy przede wszystkim umiejętność słuchania. Asertywność wymaga też by krytyka była konstruktywna. A zatem jeśli już musimy krytykować, to tak, by nie urazić cudzych uczuć, nie poniżyć, nie stwarzać kolejnych problemów. A przede wszystkim nie krytykujemy osoby, tylko konkretne błędy. Nie wolno na przykład powiedzieć: „każdy w tej sytuacji powiedziałby, że...”. To jest wypowiedź agresywna i podporządkowująca. Można natomiast wyrazić własne zdanie: „sądzę, że /tu i tu/ można było zrobić inaczej”. Jak widać niezbędną kontynuacją tego zdania jest: „można było zrobić /to lub to/...”. W ten sposób krytyka nabiera konstruktywizmu (inaczej jest tylko „krytykanctwem”), czyli pomaga znaleźć rozwiązanie, a nie stawia pod pręgierzem. To zawsze jest bardzo ważne, ale w sytuacjach trudnych wręcz niezbędne. Jeszcze bardziej łagodzi krytykę zadawanie pytań: „a czy nie lepiej byłoby... /tu kilka wariantów/...”. Otwiera to też drogę do tego, by klient sam dokonał wyboru i „zapanował” nad swoją sytuacją.
Kierowanie rozmową tak, by klient „sam” dochodził do wniosków, unikanie krytyki i ewentualnie konstruktywna krytyka pozwala także osobie, której się pomaga na aktywny udział w naprawianiu sytuacji. To również jest bardzo istotne. Nie wolno bowiem osoby takiej wyręczać i zastępować w decyzjach, bo niekorzystna sytuacja jeszcze się pogłębi, my zaś spowodujemy rozbudowywanie się biorczości i uzależnienia od pomocy lub klient zrazi się do pomocy. Jednocześnie nacisk nie może być zbyt duży, bo zamiast przeformować można złamać. I teraz bardzo dużo zależy od sytuacji, osoby, możliwych do wykorzystania środków. Występuje tu tyle wrażliwych elementów, że praca ta jest podobna do pracy sapera, tylko że nie zawsze owa „mina” od razu wybucha nam w rękach. Zdarza się, że powstaje reakcja łańcuchowa, małych zdarzeń i wniosków prowadzących do pogorszenia sprawy. Tu nie ma gotowych recept. Najważniejszy jest trening, doświadczenie i... empatia. I trzeba ciągle pamiętać, kto tu jest najważniejszy. Własne problemy musimy zostawić za drzwiami. Choćbyśmy nie wiadomo jak byli zdenerwowani (na dzieci, sąsiadów, pasażerów w autobusie) nie może to mieć wpływu na nasze kontakty z beneficjentem. Jednocześnie jednak warto czasem wskazać rozmówcy, że jego postępowanie wobec innych (np. różne rodzaje agresji) mogą być dodatkowym źródłem jego kłopotów. Pamiętać jednak trzeba, że nie wszyscy będą reagować tak jak my i nie uogólniać swoich uczuć na innych. A to dopiero początek.
Konieczne jest też całościowe, wielowymiarowe spojrzenie na naturę problemu oraz takież działanie; nie można na przykład sprowadzać kwestii niepełnosprawności tylko do jej aspektu medycznego. Trzeba uwzględnić aspekt psychologiczny, społeczny i inne czynniki mogące mieć znaczenie dla rozwiązania trudnej sytuacji i zapobiegania problemom. Załóżmy, że mamy do czynienia z osobą, która straciła mieszkanie (została wyeksmitowana). Ma dwoje dorosłych dzieci, wykształconych (po studiach) i z dobrymi zawodami (informatyka, anglistyka). Okazuje się jednak, że żadne z dzieci nie pracuje. Nasz rozmówca/rozmówczyni jest osobą chorą, jej schorzenie jest postępujące, a mimo to, wszystko spoczywa na jej barkach. Jeśli nadal sam/a będzie musiał/a radzić sobie z problemami, niewiele z tego wyniknie. Trzeba wypracować tu metody zaktywizowania całej rodziny. To nie jest takie proste, bo nie zawsze członkowie rodziny chcą współuczestniczyć w naprawianiu sytuacji. Uważają, że robią wszystko, co mogą, nie zdając sobie sprawy, że ich postępowanie wynika z zapisanych głęboko niekorzystnych schematów wytwarzanych przez lata. A przy tym, tak im zwykle wygodniej. Tu warto skorzystać z pomocy psychologa. Nierzadko bowiem klient musi stać się terapeutą i siebie, i swojej rodziny. A więc nie tylko przyznać się do popełnionych błędów wychowawczych i zmienić swoje podejście, ale także pomóc zmienić sposób myślenia i postępowania innych. A w takich sytuacjach nawet osoby z odpowiednim przygotowaniem czasem radzą sobie z trudem, a co dopiero ktoś, dla kogo jest to „ziemia nieznana”, kto musi uczyć się na bieżąco i ponosić za to odpowiedzialność. A przecież każde „odebranie” dotychczasowych „praw” wywołuje nierzadko gwałtowne reakcje – zwłaszcza dzieci, ale nie tylko – i nie dość, że trzeba to znieść, to jeszcze pozostać konsekwentnym. Inaczej nic się nie zmieni, a wręcz przeciwnie – będzie coraz gorzej.
Trzeba przy tym także zadbać, by nasze postępowanie było przewidywalne. Beneficjent ma dość „wrażeń”. Jeśli będziemy go zaskakiwać co raz to nowymi „pomysłami” trudno mu będzie nam zaufać, poczuć się bezpiecznie i wziąć udział w naprawianiu problemów. A więc stopniowo – od łatwego do trudnego, od ogółu do szczegółu, od znanego do nieznanego, itd. To stare zasady nauczania, bowiem cóż my innego robimy w takich chwilach, jak uczymy ludzi nowych dla nich zachowań, sposobów myślenia, postrzegania. Łatwo tu wpaść w ton mentorski, a pouczanie nie ma nic wspólnego z nauczaniem. Pouczanie ma taki sam efekt jak krytykanctwo. Nauka zaś wymaga czasu, poczucia, że przynosi to efekty, a wszystko to jest bardzo zindywidualizowana sprawa. Jedna osoba bowiem uczy się szybko, inna wolniej, a naszym zadaniem jest osiągnięcie określonego efektu, a nie skrócenie czasu nauki. Pośpiech jest wskazany prze łapaniu pcheł. Tu trzeba dokładnie tyle czasu ile potrzebuje klient. A zatem musimy wykazać cierpliwość i wytrwałość. Inaczej efekt będzie mizerny albo odwrotny do zamierzonego.
Bardzo ważna jest stała dbałość o to, by klient budował przy tym wszystkim własną niezależność i samodzielność. A zatem wzmacnianie poczucia własnej wartości, umiejętności w miarę obiektywnej samooceny, umiejętności słuchania i obrony własnego zdania. Nasza praca powinna usprawnić umiejętność samodzielnego radzenia sobie z problemami, pomóc w samodzielnym zapewnieniu sobie stabilności i odzyskaniu poczucia bezpieczeństwa. Powinna także stworzyć podstawy do tego, by beneficjent umiał uczyć się na własnych błędach i błędach innych, by odbudował i zachował poczucie własnej godności, dostrzegał i potrafił czerpać dumę ze swoich osiągnięć, potrafił egzekwować własne prawa i przestrzegał praw innych. No i nie wolno zapominać o pomocy bieżącej – krótko i w pewnej przenośni mówiąc: klient niczego się nie nauczy jeśli będzie głodny.
I tu jeszcze jedna sprawa. Bieżąca pomoc musi być odpowiednia do potrzeb klienta, a nie do tego, co nam się wydaje. Rozpoznanie tych potrzeb jest niezwykle istotne, zwłaszcza w problemach materialnych. Pieniądze w naszej kulturze są postrzegane w specyficzny sposób, do tego stopnia, że łatwiej często jest przyjąć mleko niż pieniądze na nie. Pieniądze kojarzą się z płatną protekcją, żebraniem czy wręcz prostytucją. A tu trzeba wsparcia. I co z tym zrobić? Ano stworzyć u beneficjenta poczucie tego, że jest to jego inwestycja w przyszłość. Przy tym pomoc musi być odpowiednia do potrzeb. Mówiąc inaczej: jeśli człowiek jest głodny, a my damy mu bilety do kina, to on na tym nie skorzysta, nasza pomoc będzie „do wyrzucenia”, czyli wysiłek i pieniądze pójdą na marne, a przy tym pogłębi to u klienta poczucie bezradności. A beneficjent nie zawsze potrafi właściwie wyrazić swoje potrzeby. Poza tym pomoc nie może być ani za duża, ani za mała. Za dużo nie pobudzi beneficjenta do tego by powiększyć zasoby. Za mało nie przyniesie zaspokojenia podstawowych potrzeb i znacznie utrudni pracę nad usprawnianiem. Tu trzeba dużo wyczucia i oparcia w doświadczeniu, znajomości środowiska oraz dobrego poznania całości sytuacji.
No i nigdy – w miarę możliwości – nie należy pozostawić klienta bez pomocy. Oczywiście bywa, że oczekiwania klienta są nierealne, ale tu pomoc polegać będzie między innymi na korekcie tych oczekiwań. Natomiast bywa, że beneficjent potrzebuje tego, cze my nie możemy mu zapewnić. Najwłaściwsze jest wtedy zapewnienie mu pomocy kogoś innego, ale nie na zasadzie „odsyłacza”, ale „przekazania” w konkretne ręce. Szukanie pomocy jest bardzo wyczerpujące, trudne i nierzadko na wizycie u nas wtedy się kończy. Aby tak się nie stało najlepiej jest skontaktować się z odpowiednią organizacją/urzędem i osobą, która „przejmie pałeczkę”. No i skontrolowanie efektów, choćby po to by na przyszłość wiedzieć, czy na tę instytucję/organizację beneficjenci mogą liczyć i w jakim zakresie.
Sporo tego, prawda? A przy tym my sami też jesteśmy ludźmi. Łatwo tu o tzw. wypalenie zawodowe. Osoby zajmujące się na co dzień pomocą znajdują się w pierwszej trójce grup zawodowych najbardziej na to narażonych. Bardzo łatwo tu o „znieczulenie”, przedmiotowe postrzeganie i traktowanie ludzi, brak cierpliwości, drażliwość, poirytowanie, również w życiu prywatnym i baaardzo wiele różnych problemów, które mogą doprowadzić do poważnych konsekwencji, włącznie ze śmiercią. Ale o tym może innym razem, bo to także ciekawy, ale i obszerny temat.
Tymczasem pozdrawiam i do zobaczenia. Następny temat: biorczość – jak powstaje i jak można jej zaradzić.
niedziela, 31 stycznia 2010
Pomagać – jak to łatwo powiedzieć (cz. 1)
Pomoc i pomagać odmieniamy w różnych przypadkach w naszej codziennej pracy.
Ale – pomoc pomocy nie równa. Przekonał się już o tym niejeden beneficjent, czyli ten, komu pomagano. I przekonał się już niejeden wolontariusz i pracownik NGO’s.
Pomoc trzeba umieć przyjąć, a najpierw się o nią zwrócić. Niejednokrotnie, gdy dowiadujemy się, że pomoc jest potrzebna jest już za późno. A to najczęściej dlatego, że problemy są już tak nawarstwione, że ich rozwiązanie graniczy z cudem. Można już wtedy najwyżej łagodzić skutki, ale z efektywnym pomaganiem niewiele ma to wspólnego. Dzieje się tak jednak nie dlatego, że ludzie są fajtłapami i nawet o pomoc nie potrafią poprosić, ale dlatego, że poprosić o pomoc wcale nie jest łatwo. Upokorzenie, obniżone poczucie własnej wartości, odbieranie prośby o pomoc jako żebrania – wszystko to powoduje, że trudno jest przyznać się, iż samodzielnie nie daje się rady. Uczucia te – paradoksalnie – potęgują się, gdy otrzymuje się wsparcie.
I rozum nie ma tu nic do gadania. Czym innym jest rozumienie własnej sytuacji, a czym innym uczucia. Z podobną sytuacją każdy z nas miał do czynienia zapewne nie raz, gdy wiedział, że nie ma sensu się złościć, a mimo to nerwy go ponosiły.
Tu w grę wchodzi pewne zjawisko psychologiczne. Pisał o nim i badał je Albert Bandura. Twórca teorii społecznego uczenia się stwierdził mianowicie, że niezwykle ważne jest dla każdego człowieka tzw. poczucie sprawstwa. Mówiąc „po ludzku” chodzi o przekonanie, że wykonanie zadania leży w zakresie własnych możliwości. Człowiek pozbawiony takiego przekonania traci też poczucie kontroli nad swoim życiem. Prowadzi to do lęku, nierzadko załamań i depresji.
Na tym się jednak nie kończy. Osoba pozbawiona poczucia sprawstwa narażona jest na niekorzystne zmiany w swoim życiu. Stąd bowiem blisko już do przyjęcia postawy wyuczonej bezradności lub wyuczonej agresji. Człowiek tyle razy próbował i tyle razy jego próby spełzły na niczym, że przestaje starać się o cokolwiek lub wrogo nastawia się do wszystkiego i wszystkich, bo wydaje mu się, że o wszystko musi walczyć. O tym jednak innym razem. Tu mówimy o ludziach, którzy jeszcze nie wpadli całkowicie w ten „dołek”, choć pewne elementy bezradności zawsze pojawiają się w przypadku osób, które z jakiegoś powodu potrzebują pomocy. Nierzadko możemy mieć też do czynienia z agresją lub autoagresją. Czy jest to bowiem niepełnosprawność, choroba czy zbyt duże nawarstwienie niekorzystnych zmian w otoczeniu, człowiek już w jakimś stopniu doświadczył własnej „niewydolności” i wdrożył jakieś „środki zaradcze”, które często niewiele dały.
Generalnie też możemy przyjąć, że ludzkie postępowanie zależne jest od tzw. umiejscowienia kontroli. Są osoby, które mają wewnętrzne poczucie kontroli, czyli czują, że to co im się przytrafia ma źródło w ich poczynaniach. Innymi słowy, wychodzą z założenia, że „jak sobie pościelą, tak się wyśpią”. Są też tacy ludzie, u których w procesie dojrzewania społecznego wytworzyło się zewnętrzne poczucie kontroli, czyli nie czują oni, że mają na cokolwiek wpływ i raczej postępowanie innych i okoliczności kształtują ich życie. Te dwie postawy tworzą jakby dwa skrajne punkty między którym „umiejscawia się” poczucie kontroli większości ludzi.
Trudno powiedzieć, które osoby lepiej znoszą przymusowe sytuacje, w których trzeba zwrócić się o pomoc.
W przypadku osób o zewnętrznym poczuciu kontroli sprawa zwykle jest dłuższa. Szybciej szukają pomocy, za to pomaganie im musi uwzględnić także „naukę samodzielności” – wypracowanie poczucia, że mogą i potrafią załatwiać swoje sprawy. Tu zwykle konieczny jest stały monitoring, nierzadko opieka psychologa, a najlepiej coacha (trenera). Osoby takie dłużej pozostają w systemie pomocy, korzystają czasem z kilku źródeł wsparcia, jest to jednak mało efektywne i dlatego wymaga czasu.
Wydaje się, że osoby o wewnętrznym poczuciu kontroli zwykle trafiają do systemu pomocy później, problemy są bardziej nawarstwione, zwykle jest ich dużo, bo też dużo trzeba, żeby zachwiać życiem takiego człowieka. Trudno im pomóc, ponieważ mało mówią o swoich kłopotach, nierzadko same wybierają problemy, w których – według nich – potrzebują wsparcia, a nie zawsze ich ocena jest prawidłowa. Zwykle źle znoszą każdą sytuację, w której sobie nie radzą, nie mówią wprost o swoich problemach, łatwo tracą równowagę, bywają nerwowe, a nawet agresywne. Jest to związane z tym, że próbują jak najszybciej odzyskać kontrolę nad swoim życiem i wrócić do stanu sprzed „załamania” i samodzielności. Z jednej więc strony niełatwo udzielić pomocy takim osobom, z drugiej jednak są one bardziej samodzielne i zwykle szybciej „stają na nogi”. (Szerzej o problemach, jakie stwarza to pomagającym następnym razem).
Nierzadko prośba o pomoc przybiera więc też dziwne, żeby nie powiedzieć dziwaczne formy. Bywa niegrzeczna, zamaskowana agresją, bywa oblana łzami, a z pewnością okupiona jest wysoką ceną. Z czasem oczywiście bywa, że człowiek od pomocy się uzależnia, ale to temat na inny wpis. Nie jest to sytuacja normalna, i nie o takich sytuacjach dziś mówimy.
Tu mamy do czynienia z „rozdwojeniem” – głowa sobie, serce sobie. Człowiek wie, że powinien zwrócić się do kogoś o pomoc, ale zwleka, ma nadzieję na „coś” (tzn. na cokolwiek), byle tylko „zachować twarz”. A gdy owo „coś” się nie wydarza i w obliczu katastrofy, nie dość, że „twardo ląduje”, to jeszcze trudno mu pomóc.
Na to wszystko mogą nakładać się jeszcze zaburzenia roli społecznej. Każdy z nas pełni w sowim życiu co najmniej kilka ról, np.: żony, matki, ojca, męża, pracownika, przyjaciela. Istnieją też społecznie przyjęte wzorce, jak dane role powinny wyglądać (treść roli). Te niepisane reguły mówią nam co, kiedy i jak powinniśmy robić. W trudnych chwilach okazuje się nierzadko, że jakiejś części naszych „obowiązków” wynikających z roli nie wypełniamy lub wywiązujemy się z nich niewłaściwie (a przynajmniej tak sądzimy). Jest to źródło kolejnych napięć, zarówno wewnętrznych (konflikt ról), jak i z otoczeniem. Odbiorcy roli bowiem (ci, którzy nas obserwują i oceniają) też nierzadko „dolewają oliwy do ognia”, najczęściej zupełnie nieświadomie, wytykając czego nie robimy, a co zrobić powinniśmy.
A i to jeszcze nie wszystko. Takie zjawiska, jak lęk społeczny, umiejętność nawiązywania kontaktów, temperament (stabilność emocjonalna), otwartość na doświadczenie i poziom lęku przed zmianami tworzą konglomerat wielu zjawisk, które mogą ulec zaburzeniu. O tym pomówimy dokładniej przy okazji niepełnosprawności, czemu też warto przyjrzeć się bliżej.
To wszystko jednak to jedna strona medalu. O tym, jakie pułapki tkwią w udzielaniu pomocy - następnym razem.
Do zobaczenia :)
Etykiety:
działalność społeczna,
ngo,
niepełnosprawność,
organizacja pozarządowa,
pomoc,
sprawność
Subskrybuj:
Posty (Atom)

