Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolontariat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolontariat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 marca 2010

Pomagać – jak to łatwo powiedzieć (cz. 2)


        Dziś kontynuujemy poprzedni temat – była mowa o przyjmowaniu pomocy.

        Inną sprawą jest udzielanie pomocy. Jest to równie trudne i najeżone przeszkodami, jak jej przyjmowanie. Po pierwsze dlatego właśnie, że sytuacja jest niezmiernie delikatna. Mamy przed sobą człowieka, którego problem wdeptał w ziemię, jego poczucie własnej wartości i godności znajduje się na poziomie gruntu, a bywa, że niżej, czuje się upokorzony, nierzadko zbuntowany przeciw losowi i ludziom. Taki człowiek często albo zgadza się na wszystko, choć nie do końca rozumie, czego od niego się oczekuje lub nie do końca się zgadza, ale uważa, że skoro pomagają, to powinien przyjąć wszystko bez gadania. Niektórzy są agresywni w różny sposób. Bywa, że przybiera to postać pretensji do wszystkich, wypowiedzi są gwałtowne lub złośliwe, bądź pretensji do siebie – „jak mogłem być takim kretynem” (łagodnie mówiąc), „to wszystko moja wina, gdybym był mądrzejszy...”, „należało mi się, skoro byłem takim idiotą...”. To do niczego dobrego nie prowadzi.

        Nie jest to też platforma do współpracy. Współpraca jest konieczna, pomoc bowiem nie polega tylko na tym, by zaspokoić sygnalizowane potrzeby – trzeba zawsze brać pod uwagę, że ocena osoby bezpośrednio zaangażowanej w problemy nie będzie właściwa. Zdarza się nierzadko, że beneficjent dostrzega jedynie skutki. Dużo trudniej jest dojść do przyczyn problemów. Zaspokojenie podstawowych potrzeb nie zamyka sprawy, bo problemy będą wracać, jeśli nie zlikwiduje się przyczyn. Inaczej pomoc nie będzie skuteczniejsza, niż leczenie anginy okładami na głowę.

        Bywa, że klient dokładnie wie, czego potrzebuje – a przynajmniej tak mu się wydaje – zwłaszcza w przypadku osób starszych, które przez całe życie dobrze sobie radziły i nagle stanęły „pod ścianą”. I tu trzeba pamiętać – niczego na siłę się nie dokona. Trzeba tu dokładnie rozważyć sposób udzielenia pomocy, a nawet powstrzymanie się od działania, bowiem bywa, że najwłaściwsza pomoc polega na powstrzymaniu się od pomocy, choć to niełatwe. Nie można bowiem w zasadzie pomóc komuś, kto sam sobie pomóc nie chce. Poza tym zdarza się, że klient ma rację. Wie czego potrzebuje „by ruszyć z miejsca”, a z resztą sam sobie już poradzi. I nie ma co go do pomocy zmuszać, ani szczególnie namawiać, bo też kim my jesteśmy, żeby układać mu życie według własnych wyobrażeń. Sam musi przekonać się czy i jakiej jeszcze pomocy będzie potrzebował. Istotne jest więc, by nie zamykać drzwi, nie palić mostów. Zawrzeć partnerską umowę, że jeśli okaże się, iż to nie wszystko, spotkamy się znów, na zasadach partnerskich. Krytykowanie jego postawy nie przyniesie nic dobrego. Można oczywiście w rozmowie spróbować dojść do tego, czy nie lepiej byłoby ogarnąć szersze problemy, czy nie łatwiej byłoby zniwelować błędy, by więcej energii poświęcić na pójście do przodu, zamiast rozwiązywania problemów. Zawsze jednak decyzje powinny być podejmowane w partnerstwie, a nie arbitralnie.

        Ale zawsze trzeba dużo ostrożności. Krytyka może pogłębić problemy, „dobić” pokonanego, zaostrzyć sytuację, zwiększyć agresję. Trzeba więc tak pokierować rozmową, by osoba, której się pomaga dobrze zdała sobie sprawę, że nie jest ani za głupia, żeby sobie poradzić, ani zbyt słaba, a jedynie – jak każdy – popełnia błędy, które można usunąć i zabezpieczyć się w miarę możliwości przed powtórzeniem się sytuacji. Najlepiej byłoby, gdyby beneficjent „sam” wpadł na pomysł rozwiązań. Łatwo napisać, ale dużo trudniej zrobić. Po pierwsze dlatego, że skoro dotąd nie wpadł na rozwiązanie, może to wynikać z braku wiedzy, choćby o instytucjach, czy prawach, z pomocy których można było skorzystać. I tylko dlatego, że z nami rozmawia nie zostanie nagle w tej materii oświecony. Krytyka więc w pewien sposób się pojawia, zwłaszcza, gdy beneficjent zrobił coś wręcz odwrotnego, niż powinien. Tu najważniejsze okazują się zasady asertywności, która nie jest – wbrew obiegowym opiniom – tylko umiejętnością właściwego mówienia „nie”. To także umiejętność zadawania pytań, szacunek dla cudzych wyborów i cudzego zdania, a w tej pracy przede wszystkim umiejętność słuchania. Asertywność wymaga też by krytyka była konstruktywna. A zatem jeśli już musimy krytykować, to tak, by nie urazić cudzych uczuć, nie poniżyć, nie stwarzać kolejnych problemów. A przede wszystkim nie krytykujemy osoby, tylko konkretne błędy. Nie wolno na przykład powiedzieć: „każdy w tej sytuacji powiedziałby, że...”. To jest wypowiedź agresywna i podporządkowująca. Można natomiast wyrazić własne zdanie: „sądzę, że /tu i tu/ można było zrobić inaczej”. Jak widać niezbędną kontynuacją tego zdania jest: „można było zrobić /to lub to/...”. W ten sposób krytyka nabiera konstruktywizmu (inaczej jest tylko „krytykanctwem”), czyli pomaga znaleźć rozwiązanie, a nie stawia pod pręgierzem. To zawsze jest bardzo ważne, ale w sytuacjach trudnych wręcz niezbędne. Jeszcze bardziej łagodzi krytykę zadawanie pytań: „a czy nie lepiej byłoby... /tu kilka wariantów/...”. Otwiera to też drogę do tego, by klient sam dokonał wyboru i „zapanował” nad swoją sytuacją.

        Kierowanie rozmową tak, by klient „sam” dochodził do wniosków, unikanie krytyki i ewentualnie konstruktywna krytyka pozwala także osobie, której się pomaga na aktywny udział w naprawianiu sytuacji. To również jest bardzo istotne. Nie wolno bowiem osoby takiej wyręczać i zastępować w decyzjach, bo niekorzystna sytuacja jeszcze się pogłębi, my zaś spowodujemy rozbudowywanie się biorczości i uzależnienia od pomocy lub klient zrazi się do pomocy. Jednocześnie nacisk nie może być zbyt duży, bo zamiast przeformować można złamać. I teraz bardzo dużo zależy od sytuacji, osoby, możliwych do wykorzystania środków. Występuje tu tyle wrażliwych elementów, że praca ta jest podobna do pracy sapera, tylko że nie zawsze owa „mina” od razu wybucha nam w rękach. Zdarza się, że powstaje reakcja łańcuchowa, małych zdarzeń i wniosków prowadzących do pogorszenia sprawy. Tu nie ma gotowych recept. Najważniejszy jest trening, doświadczenie i... empatia. I trzeba ciągle pamiętać, kto tu jest najważniejszy. Własne problemy musimy zostawić za drzwiami. Choćbyśmy nie wiadomo jak byli zdenerwowani (na dzieci, sąsiadów, pasażerów w autobusie) nie może to mieć wpływu na nasze kontakty z beneficjentem. Jednocześnie jednak warto czasem wskazać rozmówcy, że jego postępowanie wobec innych (np. różne rodzaje agresji) mogą być dodatkowym źródłem jego kłopotów. Pamiętać jednak trzeba, że nie wszyscy będą reagować tak jak my i nie uogólniać swoich uczuć na innych. A to dopiero początek.

        Konieczne jest też całościowe, wielowymiarowe spojrzenie na naturę problemu oraz takież działanie; nie można na przykład sprowadzać kwestii niepełnosprawności tylko do jej aspektu medycznego. Trzeba uwzględnić aspekt psychologiczny, społeczny i inne czynniki mogące mieć znaczenie dla rozwiązania trudnej sytuacji i zapobiegania problemom. Załóżmy, że mamy do czynienia z osobą, która straciła mieszkanie (została wyeksmitowana). Ma dwoje dorosłych dzieci, wykształconych (po studiach) i z dobrymi zawodami (informatyka, anglistyka). Okazuje się jednak, że żadne z dzieci nie pracuje. Nasz rozmówca/rozmówczyni jest osobą chorą, jej schorzenie jest postępujące, a mimo to, wszystko spoczywa na jej barkach. Jeśli nadal sam/a będzie musiał/a radzić sobie z problemami, niewiele z tego wyniknie. Trzeba wypracować tu metody zaktywizowania całej rodziny. To nie jest takie proste, bo nie zawsze członkowie rodziny chcą współuczestniczyć w naprawianiu sytuacji. Uważają, że robią wszystko, co mogą, nie zdając sobie sprawy, że ich postępowanie wynika z zapisanych głęboko niekorzystnych schematów wytwarzanych przez lata. A przy tym, tak im zwykle wygodniej. Tu warto skorzystać z pomocy psychologa. Nierzadko bowiem klient musi stać się terapeutą i siebie, i swojej rodziny. A więc nie tylko przyznać się do popełnionych błędów wychowawczych i zmienić swoje podejście, ale także pomóc zmienić sposób myślenia i postępowania innych. A w takich sytuacjach nawet osoby z odpowiednim przygotowaniem czasem radzą sobie z trudem, a co dopiero ktoś, dla kogo jest to „ziemia nieznana”, kto musi uczyć się na bieżąco i ponosić za to odpowiedzialność. A przecież każde „odebranie” dotychczasowych „praw” wywołuje nierzadko gwałtowne reakcje – zwłaszcza dzieci, ale nie tylko – i nie dość, że trzeba to znieść, to jeszcze pozostać konsekwentnym. Inaczej nic się nie zmieni, a wręcz przeciwnie – będzie coraz gorzej.

        Trzeba przy tym także zadbać, by nasze postępowanie było przewidywalne. Beneficjent ma dość „wrażeń”. Jeśli będziemy go zaskakiwać co raz to nowymi „pomysłami” trudno mu będzie nam zaufać, poczuć się bezpiecznie i wziąć udział w naprawianiu problemów. A więc stopniowo – od łatwego do trudnego, od ogółu do szczegółu, od znanego do nieznanego, itd. To stare zasady nauczania, bowiem cóż my innego robimy w takich chwilach, jak uczymy ludzi nowych dla nich zachowań, sposobów myślenia, postrzegania. Łatwo tu wpaść w ton mentorski, a pouczanie nie ma nic wspólnego z nauczaniem. Pouczanie ma taki sam efekt jak krytykanctwo. Nauka zaś wymaga czasu, poczucia, że przynosi to efekty, a wszystko to jest bardzo zindywidualizowana sprawa. Jedna osoba bowiem uczy się szybko, inna wolniej, a naszym zadaniem jest osiągnięcie określonego efektu, a nie skrócenie czasu nauki. Pośpiech jest wskazany prze łapaniu pcheł. Tu trzeba dokładnie tyle czasu ile potrzebuje klient. A zatem musimy wykazać cierpliwość i wytrwałość. Inaczej efekt będzie mizerny albo odwrotny do zamierzonego.

        Bardzo ważna jest stała dbałość o to, by klient budował przy tym wszystkim własną niezależność i samodzielność. A zatem wzmacnianie poczucia własnej wartości, umiejętności w miarę obiektywnej samooceny, umiejętności słuchania i obrony własnego zdania. Nasza praca powinna usprawnić umiejętność samodzielnego radzenia sobie z problemami, pomóc w samodzielnym zapewnieniu sobie stabilności i odzyskaniu poczucia bezpieczeństwa. Powinna także stworzyć podstawy do tego, by beneficjent umiał uczyć się na własnych błędach i błędach innych, by odbudował i zachował poczucie własnej godności, dostrzegał i potrafił czerpać dumę ze swoich osiągnięć, potrafił egzekwować własne prawa i przestrzegał praw innych. No i nie wolno zapominać o pomocy bieżącej – krótko i w pewnej przenośni mówiąc: klient niczego się nie nauczy jeśli będzie głodny.

        I tu jeszcze jedna sprawa. Bieżąca pomoc musi być odpowiednia do potrzeb klienta, a nie do tego, co nam się wydaje. Rozpoznanie tych potrzeb jest niezwykle istotne, zwłaszcza w problemach materialnych. Pieniądze w naszej kulturze są postrzegane w specyficzny sposób, do tego stopnia, że łatwiej często jest przyjąć mleko niż pieniądze na nie. Pieniądze kojarzą się z płatną protekcją, żebraniem czy wręcz prostytucją. A tu trzeba wsparcia. I co z tym zrobić? Ano stworzyć u beneficjenta poczucie tego, że jest to jego inwestycja w przyszłość. Przy tym pomoc musi być odpowiednia do potrzeb. Mówiąc inaczej: jeśli człowiek jest głodny, a my damy mu bilety do kina, to on na tym nie skorzysta, nasza pomoc będzie „do wyrzucenia”, czyli wysiłek i pieniądze pójdą na marne, a przy tym pogłębi to u klienta poczucie bezradności. A beneficjent nie zawsze potrafi właściwie wyrazić swoje potrzeby. Poza tym pomoc nie może być ani za duża, ani za mała. Za dużo nie pobudzi beneficjenta do tego by powiększyć zasoby. Za mało nie przyniesie zaspokojenia podstawowych potrzeb i znacznie utrudni pracę nad usprawnianiem. Tu trzeba dużo wyczucia i oparcia w doświadczeniu, znajomości środowiska oraz dobrego poznania całości sytuacji.

        No i nigdy – w miarę możliwości – nie należy pozostawić klienta bez pomocy. Oczywiście bywa, że oczekiwania klienta są nierealne, ale tu pomoc polegać będzie między innymi na korekcie tych oczekiwań. Natomiast bywa, że beneficjent potrzebuje tego, cze my nie możemy mu zapewnić. Najwłaściwsze jest wtedy zapewnienie mu pomocy kogoś innego, ale nie na zasadzie „odsyłacza”, ale „przekazania” w konkretne ręce. Szukanie pomocy jest bardzo wyczerpujące, trudne i nierzadko na wizycie u nas wtedy się kończy. Aby tak się nie stało najlepiej jest skontaktować się z odpowiednią organizacją/urzędem i osobą, która „przejmie pałeczkę”. No i skontrolowanie efektów, choćby po to by na przyszłość wiedzieć, czy na tę instytucję/organizację beneficjenci mogą liczyć i w jakim zakresie.

        Sporo tego, prawda? A przy tym my sami też jesteśmy ludźmi. Łatwo tu o tzw. wypalenie zawodowe. Osoby zajmujące się na co dzień pomocą znajdują się w pierwszej trójce grup zawodowych najbardziej na to narażonych. Bardzo łatwo tu o „znieczulenie”, przedmiotowe postrzeganie i traktowanie ludzi, brak cierpliwości, drażliwość, poirytowanie, również w życiu prywatnym i baaardzo wiele różnych problemów, które mogą doprowadzić do poważnych konsekwencji, włącznie ze śmiercią. Ale o tym może innym razem, bo to także ciekawy, ale i obszerny temat.

        Tymczasem pozdrawiam i do zobaczenia. Następny temat: biorczość – jak powstaje i jak można jej zaradzić.

niedziela, 26 kwietnia 2009

NGO i EFS – dlaczego robię to, co robię


        Zapytano mnie, przy okazji jakiejś rozmowy: dlaczego to robię, skoro tak narzekam i skoro jest tak źle. Pomyślałam, że to samo pytanie można odnieść do tego, co można przeczytać na tym blogu.
        Primo: nie narzekam – opisuję mało znaną działalność i rzeczywistość, by przestała się kojarzyć tylko z wolontariatem i charytatywnością (żeby już mocniej tego nie określać), a zaczęła się kojarzyć także z fachowością, koniecznością posiadania wysokich kwalifikacji i niemałej wiedzy.
        Secundo: nie jest, aż tak źle, jakby się mogło po opisach wydawać, bo o ile właśnie tak wygląda rzeczywistość w życiu pozarządówki (i jest to naprawdę czubek góry lodowej), to gdybyśmy nie mieli z tego jakowejś korzyści, to faktycznie byłoby dziwne, że wszyscy w tym pracujemy.
        Spróbuję zatem odpowiedzieć na pytanie: dlaczego(?), bo warto i sobie czasem o tym przypomnieć.

        Po pierwsze więc i najważniejsze: jednego uśmiechu osoby, której nasza organizacja udzieli wsparcia, nie da się przeliczyć na żadne pieniądze ani rzeczy, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Moi współpracownicy również. Taki uśmiech jest dla nas naprawdę bezcenny.
        Poza tym pracuję z ludźmi i dla ludzi. Nie bez powodu w końcu jestem inicjatorem i współzałożycielem naszej organizacji. Współzałożycielkami są też: moja córka i moja (młoda jeszcze bardzo, choć równie odpowiedzialna) zastępczyni. Pozostałe "korzyści" są już mniej ważne, choć i one składają się na całość, dającą się ogarnąć ;)
        Jednakowoż, aby odpowiedź była pełna, idźmy dalej.

        Po drugie: praca w organizacji jest dla mnie wyzwaniem i zaspokaja w pewien sposób moją ambicję. Mogłabym ją zaspokajać także w biznesie, ale to nie jest to samo. Porównanie mam, bo własną firmę prowadziłam przez lat parę, a do tego za sobą mam sporo lat doświadczenia zawodowego – choć podobno ludzie tak długo nie żyją ;)
        Problematyka jest i różnorodna, i nierzadko wymaga niemałego "mózgowania", przy tym niestandardowego, rozwiązywania sytuacji i problemów niepowtarzalnych, a bywa, że nierozwiązywalnych (jak by się wydawało, i to nie tylko na pierwszy rzut oka). Znajduje tu też zastosowanie wiele moich różnych umiejętności, których w swojej firmie nie wykorzystywałam wcale, choć zatrudniałam głównie osoby z niepełnosprawnością.
        Poprowadzenie firmy, to kaszka z mleczkiem w porównaniu do NGO, ba, każdy pracownik, który pracował w organizacji pozarządowej przy projektach dofinansowywanych z EFS, da sobie radę w każdej, nawet dużej firmie biznesowej (nie mówiąc o urzędach), natomiast odwrotnie - już nie. Każdy nowy pracownik musi się naprawdę dużo uczyć, a potem uczyć się niemal stale. Menedżer zaś w biznesie ma i pracy sporo mniej (bo i mniej tam jednak idiotyzmów, wynikających z zależności od urzędników), i wiedzy mu wystarczy mniej. W NGO/EFS trzeba być nie tylko takim menedżerem, jak w firmie prywatnej, ale i wiedzy specyficznej, a dodatkowej (nie tylko specjalistycznej, jak w każdej branży, ile dodatkowej, z wielu dziedzin) musi mieć dwa razy więcej. Jasne, że każdy w zasadzie menedżer musi się uczyć, świat się zmienia, przepisy też, ale jeśli spojrzeć choćby na zakres przepisów, jakie nas obowiązują, już widać dysproporcje.
        Toteż i poprzeczek do przeskakiwania jest więcej (i wyżej) i satysfakcja potem większa.

        Po trzecie: nie chcę brać udziału w "wyścigu szczurów", ani być „maszynką do robienia pieniędzy”. I z moimi współpracownikami lubię pójść czasem na piwo, czy na drinka, czy na co kto woli, nie obawiając się, że coś powiem żartem, a potem będę sobie musiała poradzić z „podłożoną świnią”. Nie twierdzę, że w biznesie tak jest zawsze, ale do rzadkości takie zjawisko tam nie należy, zwłaszcza w firmach, które „tłuką ciężką kasę”. A na stanowiskach, takich jak moje szczególnie. U nas raczej zarządu „w teczce się nie przynosi” (jak szefów w urzędach), nie wygryza (bo to zazwyczaj osoby o rzadkich umiejętnościach i doświadczeniu, które trudno zastąpić), a przede wszystkim dlatego, że mało kto garnie się do tak olbrzymiej odpowiedzialności i ciężkiej harówki, za stawki porównywalne z płacą recepcjonistki lub sekretarki w przeciętnej firmie.
        Kłopoty mogą się zacząć dopiero, gdy organizacja prowadzi działalność gospodarczą i zarabia przyzwoite pieniądze, dzięki którym może sfinansować przyzwoite płace. I choć nadal trudno je porównać z biznesem, bo zysk jest przeznaczony na działalność statutową, to dla niektórych mogą być atrakcyjne (sytuacje "podgryzania" częściej występują w fundacjach, niż w stowarzyszeniach, bo tam zarząd jest inaczej ustanawiany). Jednak mądrzy założyciele tak potrafią ułożyć statut, by przeciw kombinacjom i kombinatorom organizację zabezpieczyć. I wtedy, jeśli następuje zmiana zarządu, to zazwyczaj dlatego, że ktoś popełnił poważny błąd lub sam zrezygnował. Tak czy inaczej, pod tym względem, spokojniej jest.
        Co by też o pozarządówkach nie powiedzieć, to konkurencja jest w zasadzie tylko w zakresie pomysłów na projekty, natomiast w pozostałych kwestiach organizacje raczej pomagają sobie i wspierają wzajemnie, nierzadko przekazując sobie na bieżąco know-how. „Przekazujemy” sobie też wzajemnie klientów (jeśli my nie możemy pomóc, bo nie ma organizacji, która zajmuje się wszystkimi problemami, to nie odsyłamy człowieka, jak urzędy lub biznes, ale najczęściej uzgadniamy od razu spotkanie, najlepiej z konkretną osobą, która udzieli mu właściwej pomocy, a bywa, że pomoc już będzie dlań przygotowana).
        Przy tym atmosfera pracy w organizacji wygląda zupełnie inaczej, choćby dlatego, że trzeba mieć predyspozycje osobowościowe i wyższe umiejętności społeczne, by poradzić sobie w kontaktach z ludźmi poszkodowanymi przez życie, co wpływa też na jakość kontaktów wzajemnych pracowników. Wobec wszystkich obciążeń, jakie są naszym udziałem, niepewności pracy i płacy (wszyscy pracujemy i zarabiamy okresowo, i nigdy nie wiadomo, kiedy będą następne pieniążki), stwarzanie atmosfery konkurencji albo konfliktu stałoby się nie do wytrzymania.
        Poza tym nasze obowiązki możemy wypełniać tylko pracując zespołowo (nie wystarczy praca w zespole), czyli wzajemnie sobie pomagając i ucząc, bo zadania są ze sobą – często ściśle – powiązane wzajemnymi zależnościami. Z jednej strony trudno dokładnie wyodrębnić, gdzie zaczynają się i gdzie kończą obowiązki jednej osoby. Z drugiej – przekrojowych zadań, nowości i różnych, nie zawsze pożądanych, niespodzianek jest tak dużo, że zespół tworzyć musi system naczyń połączonych, a nie tylko grupę, współpracującą ze sobą na określonych zasadach. Nie ma więc u nas w zasadzie określonych stanowisk pracy (mimo przydzielonych im nazw), choć jest specjalizacja, bo nie sposób ogarnąć skutecznie wszystkich dziedzin. Każdy jednak powinien umieć zastąpić innych, bo trudno sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś się rozchoruje lub z innego powodu nie ma go w pracy i od razu projekt utyka w jakiejś części – każda część jest niezbędna do realizacji projektu.
        No i zespół zróżnicowany jest wiekowo, co i horyzonty poszerza, i okazje do młodego śmiechu, ale też poważniejszych dyskusji daje.
        Nie bez znaczenia jest i to, że problemy finansowe skutkują ograniczeniem zatrudnienia. Ogranicza je znacznie także charakterystyka projektów, a głównie zasady przyznawania dofinansowania, ciągle bowiem najważniejsze jest to, by projekt był najtańszy, a nie najbardziej efektywny i skuteczny (urzędnikom łatwiej policzyć osoby, które skończyły szkolenie, niż zbadać ile i w jakim stopniu się nauczyły).

        A jednak, jak by nie patrzył, satysfakcję z tej pracy mam potężną, co nie znaczy, że czasem nie mam dość wszystkiego. Zwłaszcza, że wsparcie ludzi potrzebujących pomocy to odpowiedzialna i stresująca praca, projekty wymagają pracy w nienormowanym czasie (rzadko wracam do domu o przyzwoitej porze), a na co dzień zderzamy się ze ścianą w postaci kompletnej ignorancji urzędników (co przysparza nam mnóstwo pracy, której nie musielibyśmy robić, gdyby tylko ktoś pomyślał). Przeszkód, wynikających z braku kompetencji, o które obijamy się stale w naszej pracy, jest czasem tak wiele, że zaczynają one przesłaniać cel, któremu służy nasza organizacja.
        Na to nakłada się odpowiedzialność finansowa i bardzo wysokie ryzyko niepowodzenia przy realizacji projektów. Prowadzimy je, bo inaczej niewiele moglibyśmy zrobić, a przecież po to jest organizacja. I bierzemy na siebie odpowiedzialność zarówno finansową, jak i społeczną, bo jest to, po prostu, jedna z konsekwencji podjętych zadań.
        To prawda, że niezwykle rzadko zdarza się tak, żeby zadania projektu zostały „rozłożone na łopatki” tak dokładnie, aby organizacja musiała zwracać wszystkie otrzymane fundusze, bo naprawdę trzeba się wysilić, by aż do tego doszło. Bylibyśmy jednak głupcami, gdybyśmy takiej możliwości pod uwagę nie brali, bo skoro podpisuje się weksel in blanco i z deklaracją wekslową, i to nie na konkretną kwotę, ale dowolną, jaką urząd sobie wpisze, gdy uzna to za właściwe, to zawsze istnieje ryzyko, że całą kwotę dofinansowania wraz z odsetkami karnymi (jak dla zaległości podatkowych, co najmniej) trzeba będzie oddać. Przy tym nawet konieczność zwrotu kilkudziesięciu tysięcy złotych przy naszych dochodach może być niemal samobójstwem, a znam organizacje, które musiały zwrócić sporo więcej.
        Stresów więc nam nie brakuje, bo i beneficjenci projektów też różni bywają, jak to w pracy z ludźmi, a do tego z ludźmi o szczególnych potrzebach.

        Na szczęście wspierają nas w tym działaniu ludzie, którzy pomagają wolontarystycznie, nierzadko robiąc rzeczy drobne, ale takie, na które nam, żywcem nie wystarcza już czasu, a bez czego nie można mówić o dobrze spełnionym obowiązku. Nie zawsze jest to praca interesująca, albo przynosząca dziką satysfakcję, ale robią to, bo uważają, że tak trzeba. I trudno sobie wyobrazić, żeby ich nie było, bo to także dzięki nim zbieramy siły i walczymy, nawet, gdy wydaje się, że sprawa jest nie do załatwienia.

        I na szczęście są wpłaty, które otrzymujemy od osób prywatnych, a czasem (choć naprawdę bardzo rzadko) od firm, bo świadczą one o tym, że są ludzie, którzy rozumieją wagę działania organizacji pomocowych dla wszystkich, a nie tylko dla potrzebujących, którzy na nas liczą, dla których nasza praca ma znaczenie i którzy ją doceniają, na miarę swoich możliwości. Najbardziej wzruszające są wpłaty kilku złotych, jak ów biblijny „wdowi grosz”, bo wiadomo, że ktoś kto je wpłacił dochody ma niewielkie, a mimo to pamiętał, by podzielić się nimi z innymi ludźmi.

        No i na szczęście wszystkie problemy bledną, gdy na naszym chmurnym niebie pojawia się tęcza uśmiechu kogoś, kto (dzięki wsparciu ludzi dobrej woli, bo sami niczego byśmy nie zdziałali) „stanął na nogi”.


        Oto dlaczego, mimo wszystko, robię to, co robię (choć to może i trudne jest, i "nie modne").