niedziela, 7 marca 2010

Wyuczona bezradność i biorczość


        Dziś kontynuuję tematy związane z pomaganiem.

        Mechanizm powstawania wyuczonej bezradności najlepiej opisuje eksperyment przeprowadzony w 1967 r. przez Seligmana i Maiera. Zostawmy na boku własne zdanie o eksperymentach na zwierzętach i jednak mu się przyjrzyjmy.

        Otóż badacze umieścili psy w klatkach z metalową siatką, przez którą przepuszczano prąd, z tym że w pierwszej klatce psy mogły stosunkowo łatwo uciec przeskakując przez barierkę, w drugiej zaś zwierzęta nie miały takiej możliwości. Z początku w obu klatkach psy reagowały podobnie: biegały, szukały wyjścia. Z czasem jednak psy, które miały możliwość ucieczki nauczyły się szybko uciekać, zaś te, które uciec nie mogły kładły się na podłodze i przestawały reagować na bodźce. Następnie również psom, które wcześniej nie miały wyjścia stworzono drogę ucieczki, ale te nawet nie próbowały jej szukać, a przy tym przestawały jeść, wpadały w apatię, w końcu zapadały na różne choroby. Nawet jeśli psy przeciągnięto przez przeszkodę, by pokazać, że druga część jest bezpieczna, psy nie powtarzały tego zachowania samodzielnie.

        W pierwszej części „Pomagać, jak to łatwo powiedzieć” pisałam o poczuciu sprawstwa i poczuciu kontroli. Zastanówmy się w tym kontekście co się takiego stało w eksperymencie. Otóż psy w drugiej klatce straciły kontrolę nad sytuacją, ich poczucie, że mogą coś zrobić zostało zredukowane do zera. Powstały deficyty poznawcze – psy przestały rozróżniać co się w danej chwili dzieje i nie potrafiły przewidzieć dalszego jej biegu. W takiej sytuacji uczenie się jest dużo dłuższe, nawet proste zależności „akcja-reakcja” są mało dostępne poznaniu. Ponadto straciły motywację (deficyt motywacji) by cokolwiek jeszcze zrobić, by w ogóle szukać wyjścia – po co, skoro jest to skazane na niepowodzenie. Nastąpiła też swego rodzaju blokada emocjonalna (deficyty emocjonalne) czyli apatia, lęk, zmęczenie, wrogość, utrata nadziei. Psy te również nie bawiły się między sobą, przestały reagować na inne zwierzęta. Powstały więc też swego rodzaju „deficyty »społeczne«” – psy przestały kontaktować się w grupie.

        Jak działa brak nadziei ilustruje inny eksperyment. Szczur wrzucony do śliskiej kadzi z wodą, po kilkunastu minutach pływania w kółko, tonie. Jeśli w tym momencie podsunie mu się kij, tak że może się po nim wdrapać i wydostać z kadzi, to przy ponownym wrzuceniu pływa nawet kilkadziesiąt godzin. Badacze odkryli, że za tonięcie zwierzęcia w pierwszej próbie odpowiedzialny jest nie stres (np. zawał serca), ale właśnie rezygnacja i apatia.

        Okazało się, że ludzie zachowują się podobnie jak zwierzęta. Jeśli negatywne doświadczenia powtarzają się, a człowiek nie może znaleźć rozwiązania trudnych sytuacji, wszystkie próby zawodzą, to z czasem przestaje szukać rozwiązań, a stan apatii stopniowo pogłębia się przez wytworzone deficyty. Człowiek po prostu „poddaje się”. Często doprowadza to nawet do bardzo głębokiej depresji. Tylko ok. 30% osób potrafi obronić się przed skutkami niekorzystnych zjawisk. Zazwyczaj są to osoby, które posiadają głęboko zakorzenione przekonanie, że mimo wszystko mogą kontrolować sytuację, czyli osoby o silnym poczuciu kontroli wewnętrznej. Osoby te wcześniej doświadczyły częstych sytuacji, w których mogły kontrolować to co się dzieje, nauczyły się – najprawdopodobniej źródłem jest dzieciństwo – że mogą sobie poradzić, jeśli dostatecznie długo będą próbować. Powstawaniu takich doświadczeń sprzyja przyzwolenie na samodzielność, dawanie możliwości decydowania i wybierania przy jednoczesnym chwaleniu i okazywaniu miłości.

        Trzeba tu jednak wspomnieć, iż niektórzy psychologowie twierdzą, że umiejscowienie poczucia kontroli może się zmieniać w zależności od sytuacji. Jeśli bowiem badani otrzymują do rozwiązania dwa zadania, z których jedno jest łatwe a drugie trudne, to oba zadania są częściej rozwiązywane gdy prezentuje się najpierw łatwe zadanie, potem trudne. Jeśli kolejność jest odwrotna (najpierw trudne, potem łatwe), to oba zadania są rzadziej rozwiązywane.

        Nie ulega wątpliwości, że nawet osoby o silnym przekonaniu dotyczącym własnych możliwości w końcu mogą ulec. W dodatku wyuczona bezradność jest „zaraźliwa”. W tzw. „grupach odniesienia” poszczególni jej członkowie, ich cechy, wartości prezentowane przez grupę bądź też wzory zachowań mają znaczny wpływ na zachowania jednostki. Dostosowuje się ona do „obowiązujących” w swoim otoczeniu wzorców, robiąc to mimo woli w (niekoniecznie świadomej) obawie przed ostracyzmem społecznym (odrzuceniem, wyrzuceniem ze społeczności). Człowiek zaś, jako istota społeczna potrzebuje innych ludzi w celu zaspokojenia licznych, ważnych potrzeb.

        Widać z tego, jak istotna jest rola otoczenia. Oczywiście, że wyuczoną bezradność można „przekazać” w rodzinie – dzieci uczą się postaw biernych od rodziców i/lub rodzeństwa. Jednak również środowisko rówieśnicze, bądź wspólnota zainteresowań, czy „wspólnota losów” mają znaczny wpływ na zachowania ludzi. W ten sposób mogą powstawać swego rodzaju „getta” – siedliska biedy, przestępczości, itp., z których trudno się wyzwolić. W ten sposób też skłonność do otaczania się „podobnymi do siebie” może być czynnikiem hamującym. Przykładowo – osoby z niepełnosprawnościami zwykle chętniej przebywają wśród osób z niepełnosprawnościami, ponieważ czują się lepiej rozumiane, mają podobne doświadczenia, łatwiej im o wzajemnie porozumienie. Jeśli większość takiej grupy będzie prezentowała postawy bezradności, to nawet jednostki bardziej aktywne z czasem mogą temu ulec.

        Terapia wyuczonej bezradności opiera się na modyfikacji „stylów poznawczych” i nauki samoobrony. Bardzo istotna jest tu wartość odniesionych sukcesów i poczucie, że wynikły one z własnych poczynań. Wykorzystuje się tu m.in. zdrowe zjawisko psychiczne tzw. „tendencję samoobronną”, która polega na przypisywaniu sobie odpowiedzialności za sukcesy, a czynnikom zewnętrznym - odpowiedzialności za porażki. Służy to ochronie poczucia własnej wartości. Tu istotny jest jeszcze jeden element, a mianowicie konieczność podniesienia samooceny. W wyuczonej bezradności jest ona zwykle dość niska, a w dodatku bywa źródłem jeszcze innego zjawiska, czyli samoutrudniania. Również służy ono (na krótką metę) obronie poczucia własnej wartości, ale nastawienie jest inne – jest to przewidywanie niepowodzenia i jednoczesne przygotowywanie takich wyjaśnień, dzięki którym można zachować poczucie zdolności do działania czy rozwiązania sytuacji.

        Wyuczona bezradność często bywa źródłem nastawienia na „branie”, czyli postawy roszczeniowej (nazywanej też potocznie biorczością). Jeśli równocześnie z negatywnymi bodźcami pojawia się bezwarunkowe zaspokajanie potrzeb, czyli inaczej mówiąc w zamian za bezczynność otrzymuje się nagrody (wsparcie, pomoc) człowiek nastawia się, że wszystko to mu się należy, ponieważ on nie jest w stanie poradzić sobie samodzielnie. Postawy takie rodzą się nie tylko w dzieciństwie, ale także w życiu dorosłym. Człowiek stara się szukać wsparcia wszystkimi możliwym środkami, w czym – co paradoksalne – potrafi wykazać się dużym uporem, konsekwencją i siłą. Jeśli nie otrzymuje oczekiwanego wsparcia, nierzadko bądź pogrąża się w stanie apatii, bądź staje się agresywny.

        Typowym przykładem biorczej postawy był (i zapewne nadal jest) jeden z naszych podopiecznych, który dotarł nawet do Rady Ministrów, by otrzymać wsparcie finansowe na mieszkanie dla niego, żony i trójki dzieci, ale wszystkie oferty pracy, nawet w specjalnie dostosowanych do jego indywidualnych potrzeb warunkach, odrzucał, motywując to stanem swojego zdrowia. Był u Rzecznika rządu ds. osób niepełnosprawnych, bywał u posłów na sejm, a organizacje pozarządowe, które odwiedzał trudno zliczyć. Kompletnie umykało mu i nie przyjmował tego do wiadomości, że praca zawodowa będzie kosztowała go mniej wysiłku, niż chodzenie od organizacji do organizacji, od urzędu do urzędu. Nie przyjmował nawet argumentów, że w ten sposób uczy też swoje dzieci, iż nie praca, a swego rodzaju „żebranie” może być źródłem osiągnięć.

        Inny przypadek typowej postawy roszczeniowej to beneficjent jednego z projektów Stowarzyszenia, który twierdził, że wszystko, co otrzymuje mu się należy (tu bardzo kosztowne szkolenie), ponieważ płaci z renty podatki, a poza tym jest przecież niepełnosprawny. Jego zdaniem z tego powodu nie musiał też podlegać sprawdzaniu wyników swojej nauki i nie musiał przystępować do przewidzianych w projekcie egzaminów, ani nie musiał stosować się do obwiązujących wszystkich beneficjentów reguł. Dużo wysiłku wkładał przy tym w stawianie wszelkiego możliwego oporu.

        Oba te przypadki mają wiele wspólnego, co można podsumować krótko: „należy mi się”. Osoby w ten sposób nastawione do życia są zdolne do używania wielu środków, by osiągnąć cel. Bardzo często stosują taktykę zmiękczania serca (urzędnika czy ewentualnego darczyńcy), czyli wzbudzenie u niego współczucia. Łzy, a nawet sposób mówienia i siedzenia mówią „jestem biedny”, „potrzebuję”, często wykorzystywanym „argumentem” są tu dzieci. Niektórzy potrafią nawet zagrozić, że nie wyjdą z biura, jeśli nie otrzymają tego, czego żądają. Sposób „na litość" to jeden koniec tego „kija”. Na przeciwległym znajdują się zachowania agresywne. Podniesiony głos, ton pełen pretensji, a niekiedy nawet słowna agresja ujawniają się najczęściej, gdy osoba taka usłyszy, że instytucja nie jest w stanie spełnić jej oczekiwań lub że pomoc taka jej nie przysługuje. Niektórzy tak wyspecjalizowali się w znajomości przepisów i instytucji, fundacji i organizacji wspierających, że dokładnie wiedzą, gdzie i jaką pomoc mogą otrzymać oraz jakie przysługują im ulgi, przywileje i zniżki.

        Czy w obu przytoczonych powyżej przypadkach źródłem była wyuczona bezradność trudno powiedzieć, bowiem żaden z tych panów nie chciał spotkać się z psychologiem. Jednak źródłem postawy roszczeniowej może być także egoizm, egocentryzm, „życzeniowy” sposób myślenia. Bez wsparcia psychologa bardzo trudno zastosować jakiekolwiek metody, zaś osoby te na tyle „wygodnie się ustawiły” (w ich poczuciu), że nie są zainteresowane zmianą. I tu kółko najczęściej się zamyka. Takie postawy zweryfikować może tylko silna grupa, w której osoba taka narażona będzie na różne „sankcje” (zwracanie uwagi, krytyka, a nawet wykluczenie) wywołujące wstyd, zażenowanie. Może to jednak wywołać także bunt i agresję. Postawy roszczeniowe nierzadko wykorzystuje się do zachowań destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. „Skoro nie dostanę, to ja wam pokażę”. Efektem bywa bierny opór, wybuchy złości, niszczenie przedmiotów a nawet próby samobójcze.

        W pracy – na przykład – taki pracownik, który uważa, że otrzymuje mniejsze wynagrodzenie, niż zasługuje, może czuć się usprawiedliwiony, gdy nie przykłada się do pracy. Bywa to także źródłem „sabotażu” – np. niszczenia narzędzi. Spotykana jest postawa odwrotna – altruistyczne poświęcenie albo wręcz pracoholizm, bo może w końcu ktoś zauważy, jak bardzo zasługuje się na nagrodę. Poświęcenie jednak ma zwykle też inne źródła niż roszczeniowość.

        W postawie roszczeniowej charakterystyczne zwykle jest poczucie krzywdy, zazwyczaj porównanie z innymi wypada w oczach osoby biorczej negatywnie, otrzymuje mniej, jest jej trudniej, musi pokonać więcej trudności, ale – jej zdaniem – zupełnie na to nie zasłużyła. Psychologowie upatrują zazwyczaj przyczyn w rodzinie – nadopiekuńczości bądź nadmiernym rygoryzmie. Kłopot w tym, że postawy roszczeniowe powstają również w życiu dorosłym. O tym mało się mówi, a znalezienie materiałów fachowych na ten temat graniczy z cudem, więc pisać będę w oparciu o własne doświadczenie i złożone razem „strzępki informacji”. Moim zdaniem źródło postaw roszczeniowych pozostaje w przypadku osób dorosłych podobne, a mianowicie właśnie nadopiekuńczość lub zbyt wygórowane wymagania, ale tym razem nie koniecznie dotyczy to rodziców lub rodziny. Nadopiekuńcze może być państwo, nadopiekuńcze może być otoczenie. Podobnie działają zbyt duże bariery czy wymagania stawiane przez prawo lub pracodawców, czy grupę, w której człowiek przebywa najczęściej (spędza najwięcej czasu).

        Nadmierne bariery stwarzają podstawę do pojawienia się wyuczonej bezradności. Pamiętać jednak musimy, że mamy do czynienia z osobą dorosłą, która chce być traktowana jak dorosła, ma jakieś potrzeby – np. osiągnięć – i musi je w jakiś sposób zaspokoić. Zwłaszcza, jeśli udało się jej wcześniej coś już osiągnąć, zagrożenie powstaniem postawy roszczeniowej jest duże. Największe zagrożenie dotyczy obszarów wpływających na potrzeby biologiczne, od tego bowiem zależy przetrwanie. Długotrwałe pozostawanie na granicy ubóstwa lub przedłużające się ubóstwo (zubożenie) czyli stan deprywacji materialnej powoduje, że człowiek stara się wszelkimi sposobami osiągnąć poprawę, tym bardziej, że czuje się skrzywdzony tym, co się stało. Jeśli ubóstwo jest „dziedziczne” (występowało w rodzinie) następuje najczęściej powrót do wyuczonych zachowań, nierzadko właśnie bezradności, ale bywa, że poczucie krzywdy zaczyna dominować, bo dotyczy także innych osób, i to bliskich, na których człowiekowi najbardziej zależy. Jeśli jest to coś „nowego” poczucie krzywdy jest także bardzo dojmujące, zaś pogłębiane jest ono nierzadko przez innych członków rodziny, którzy albo otaczają takiego „nieszczęśnika” opieką i wsparciem, albo dają do zrozumienia, że człowiek jest po prostu fajtłapą. W jednym i drugim przypadku efekt może być taki sam: najpierw oczekuje się od rodziny, a potem od reszty otoczenia.

        Opiekuńcze państwo, pozwalające „wygodnie się ustawić” osobom, które napotkały jakieś poważne przeszkody prowadzi do sytuacji, w których – dokładnie na takich samych zasadach – ci, którym się z jakiegoś powodu nie udaje uważają, że powinni dostać wsparcie. A że najczęściej za swoją sytuację winią właśnie państwo (prawo, urzędników itd.), które wyrządziło im krzywdę, to przecież powinni dostać coś w zamian. Osoby niepełnosprawne z kolei uważają, że zostały pokrzywdzone przez los – jeśli tak ich się traktuje – i skoro nie ponoszą za to winy, to z mocy prawa mogą swobodnie korzystać ze wsparcia społecznego, czyli podatników. Takie jest prawo i im się należy. Podobnie działają mechanizmy w przypadku, gdy przepisy lub warunki życia stwarzają zbyt wiele barier.

        Postawę roszczeniową łatwo jednak pomylić z domaganiem się respektowania swoich słusznych praw. Najlepiej widać to w sytuacji osób z niepełnosprawnościami. Dla nich krawężniki, schody, turnikiety (drzwi obrotowe), stojące na środku kosze na śmieci stanowią często przeszkody nie do przebycia, a przecież mają oni prawo do dostępu do takich samych usług, jak cała reszta społeczeństwa. Praca oferowana takim osobom to zwykle niższe stanowiska i gorzej płatne, tylko dlatego, że „tak się utarło”, iż są mniej efektywni, mniej zdolni, mają mniejsze możliwości. Ja sama, szukając pracy przez prywatne agencje niejednokrotnie usłyszałam, że „ofert dla osób niepełnosprawnych u nas nie ma”, przy czym bez znaczenia pozostawały moje kwalifikacje i zawód, który z chodzeniem, ani bieganiem nie ma w zasadzie nic wspólnego, a „głowę mam zdrową”. Żeby jednak nie sprowadzać sprawy tylko do niepełnosprawności inny przykład: jeśli kobiety pracują tak samo, jak mężczyźni, wykonują tę samą pracę, to mają prawo domagać się wynagrodzenia na poziomie, jaki otrzymują mężczyźni, podobnie awansów, czy też szacunku dla ciężkiej pracy w domu.

        Nie należy przy tym zapominać, że to co dla jednych jest luksusem, dla kogoś innego może być niezbędne do życia. Samochód, zmywarka, czy asystent to nie wygodnictwo, ale możliwość wykonywania codziennych czynności, pracy, załatwienia swoich spraw, czyli po prostu samodzielności. Potrzeba posiadania samochodu (np. osoby z niepełnosprawnością ruchową) nie jest wyrazem postawy roszczeniowej, ale wynikiem barier, z jakimi musi się ona borykać w otoczeniu. Jest to więc nie jej problem, ale głównie społeczeństwa, które mniejszości traktuje, jak nieistniejące. A przynależność do mniejszości nie odbiera prawa do życia na takim samym poziomie, jak wszyscy inni obywatele.

        Problem zaczyna się dopiero w tym, jak konkretna osoba podchodzi do swoich praw i jak je egzekwuje. W przypadku osób bezradnych sprawa bywa prostsza. Zwykle potrzebuje ona wsparcia psychologa, zarówno indywidualnego, jak i w grupie. Z bezradnością można sobie poradzić, choć nie jest to łatwe i wymaga naprawdę długiej i potężnej pracy, bo zmiana postrzegania siebie i świata nie jest prosta. Zwłaszcza gdy bariery i przeszkody, które je wywołały nie znikają, podczas gdy podniesienie poczucia własnej wartości wymaga sukcesów. Osiąga się to zwykle metodą małych kroków, wymaga to więc długiego czasu i podtrzymywania na drodze zmian. I praca ta może być skazana na niepowodzenie jeśli nic nie zmieni się w otoczeniu. Tu z kolei wskazana byłaby też praca z rodziną, która rzadko chce współpracować, nie dostrzegając swojego wpływu i nie doceniając swojej roli w procesach zmian. Poza tym zwykle już na taką pracę brak funduszy, bo przecież – w nierzadkim mniemaniu decydentów – aktywizować trzeba osobę, a nie jakieś jej otoczenie, które "jakoś" sobie radzi (zwykle nie wiadomo jak sobie radzi, bo informacja też kosztuje, zwłaszcza trudno to sprawdzić jeśli osoby te nie należą do określonej „kategorii wsparcia”). Z kolei w przypadku postaw roszczeniowych pracę należałoby rozpoczynać właśnie od otoczenia, a z tym rzadko kiedy terapeuci mają kontakt i tu także rzadko otoczenie chce współpracować, podobnie, jak w poprzedniej sytuacji.

        Gorzej z państwem i społeczeństwem. Zjawiska dotyczące szerszej społeczności mają mniejszą dynamikę, trudniej jest osiągnąć pozytywne i prawidłowe zmiany. Łatwo tu też o ekstrema i o „wylanie dziecka z kąpielą”. Skoro bowiem nie należy zbyt dużo pomagać, to nie pomagajmy. A skoro należy pomagać, to dajmy. Przyczyny takiego postępowania zwykle leżą w braku wiedzy, trudno bowiem oczekiwać, by wszyscy byli – nawet w jakimś stopniu – fachowcami w dziedzinach społecznych. Wytworzenie systemu wsparcia pod warunkiem pewnych oczekiwanych zachowań czy postępowania (inwestowania w potrzebujących) wymaga wielu lat pracy. Takie warunki jednak zaczyna się już wprowadzać w państwach Zachodu, który już mocno zawiódł się na polityce opiekuńczości i gdzie systemy zabezpieczenia społecznego nieomal już zbankrutowały. W Polsce ciągle jeszcze obowiązuje system „rozdawania” świadczeń, który – i to stwierdza wielu badaczy i osób działających na polu wsparcia społecznego – jest źródłem powstawania niekorzystnych postaw (zarówno dla społeczeństwa, jak i samych osób zainteresowanych).

        Tak więc zdarza się, że jako ludzie czy organizacja nie jesteśmy w stanie pomóc osobom, które o tę pomoc się zwracają, ale nierzadko na przeszkodzie leżą nie tyle problemy obiektywne, co ich własne postawy. Pozostaje żal do świata i poczucie krzywdy, a ci którzy próbują pomóc, także muszą sobie poradzić z tym, że są bezsilni. To niełatwe dla obu stron, ale to ci, którzy prezentują postawy roszczeniowe lub nie chcą wyjść z bezradności, ponoszą największe straty. Bo w ostatecznym rozrachunku kiedyś możliwości i siły otoczenia wyczerpują się, a oni zostają sami.

        Tym razem chyba wystarczy (wpisy robią się coraz dłuższe), ale że z pomaganiem łączy się też kwestia wypalenia zawodowego „pomagaczy”, postaram się więc i o tym napisać „parę słów”.

        Do zobaczenia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz