Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacja pożytku publicznego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacja pożytku publicznego. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 marca 2010
Wyuczona bezradność i biorczość
Dziś kontynuuję tematy związane z pomaganiem.
Mechanizm powstawania wyuczonej bezradności najlepiej opisuje eksperyment przeprowadzony w 1967 r. przez Seligmana i Maiera. Zostawmy na boku własne zdanie o eksperymentach na zwierzętach i jednak mu się przyjrzyjmy.
Otóż badacze umieścili psy w klatkach z metalową siatką, przez którą przepuszczano prąd, z tym że w pierwszej klatce psy mogły stosunkowo łatwo uciec przeskakując przez barierkę, w drugiej zaś zwierzęta nie miały takiej możliwości. Z początku w obu klatkach psy reagowały podobnie: biegały, szukały wyjścia. Z czasem jednak psy, które miały możliwość ucieczki nauczyły się szybko uciekać, zaś te, które uciec nie mogły kładły się na podłodze i przestawały reagować na bodźce. Następnie również psom, które wcześniej nie miały wyjścia stworzono drogę ucieczki, ale te nawet nie próbowały jej szukać, a przy tym przestawały jeść, wpadały w apatię, w końcu zapadały na różne choroby. Nawet jeśli psy przeciągnięto przez przeszkodę, by pokazać, że druga część jest bezpieczna, psy nie powtarzały tego zachowania samodzielnie.
W pierwszej części „Pomagać, jak to łatwo powiedzieć” pisałam o poczuciu sprawstwa i poczuciu kontroli. Zastanówmy się w tym kontekście co się takiego stało w eksperymencie. Otóż psy w drugiej klatce straciły kontrolę nad sytuacją, ich poczucie, że mogą coś zrobić zostało zredukowane do zera. Powstały deficyty poznawcze – psy przestały rozróżniać co się w danej chwili dzieje i nie potrafiły przewidzieć dalszego jej biegu. W takiej sytuacji uczenie się jest dużo dłuższe, nawet proste zależności „akcja-reakcja” są mało dostępne poznaniu. Ponadto straciły motywację (deficyt motywacji) by cokolwiek jeszcze zrobić, by w ogóle szukać wyjścia – po co, skoro jest to skazane na niepowodzenie. Nastąpiła też swego rodzaju blokada emocjonalna (deficyty emocjonalne) czyli apatia, lęk, zmęczenie, wrogość, utrata nadziei. Psy te również nie bawiły się między sobą, przestały reagować na inne zwierzęta. Powstały więc też swego rodzaju „deficyty »społeczne«” – psy przestały kontaktować się w grupie.
Jak działa brak nadziei ilustruje inny eksperyment. Szczur wrzucony do śliskiej kadzi z wodą, po kilkunastu minutach pływania w kółko, tonie. Jeśli w tym momencie podsunie mu się kij, tak że może się po nim wdrapać i wydostać z kadzi, to przy ponownym wrzuceniu pływa nawet kilkadziesiąt godzin. Badacze odkryli, że za tonięcie zwierzęcia w pierwszej próbie odpowiedzialny jest nie stres (np. zawał serca), ale właśnie rezygnacja i apatia.
Okazało się, że ludzie zachowują się podobnie jak zwierzęta. Jeśli negatywne doświadczenia powtarzają się, a człowiek nie może znaleźć rozwiązania trudnych sytuacji, wszystkie próby zawodzą, to z czasem przestaje szukać rozwiązań, a stan apatii stopniowo pogłębia się przez wytworzone deficyty. Człowiek po prostu „poddaje się”. Często doprowadza to nawet do bardzo głębokiej depresji. Tylko ok. 30% osób potrafi obronić się przed skutkami niekorzystnych zjawisk. Zazwyczaj są to osoby, które posiadają głęboko zakorzenione przekonanie, że mimo wszystko mogą kontrolować sytuację, czyli osoby o silnym poczuciu kontroli wewnętrznej. Osoby te wcześniej doświadczyły częstych sytuacji, w których mogły kontrolować to co się dzieje, nauczyły się – najprawdopodobniej źródłem jest dzieciństwo – że mogą sobie poradzić, jeśli dostatecznie długo będą próbować. Powstawaniu takich doświadczeń sprzyja przyzwolenie na samodzielność, dawanie możliwości decydowania i wybierania przy jednoczesnym chwaleniu i okazywaniu miłości.
Trzeba tu jednak wspomnieć, iż niektórzy psychologowie twierdzą, że umiejscowienie poczucia kontroli może się zmieniać w zależności od sytuacji. Jeśli bowiem badani otrzymują do rozwiązania dwa zadania, z których jedno jest łatwe a drugie trudne, to oba zadania są częściej rozwiązywane gdy prezentuje się najpierw łatwe zadanie, potem trudne. Jeśli kolejność jest odwrotna (najpierw trudne, potem łatwe), to oba zadania są rzadziej rozwiązywane.
Nie ulega wątpliwości, że nawet osoby o silnym przekonaniu dotyczącym własnych możliwości w końcu mogą ulec. W dodatku wyuczona bezradność jest „zaraźliwa”. W tzw. „grupach odniesienia” poszczególni jej członkowie, ich cechy, wartości prezentowane przez grupę bądź też wzory zachowań mają znaczny wpływ na zachowania jednostki. Dostosowuje się ona do „obowiązujących” w swoim otoczeniu wzorców, robiąc to mimo woli w (niekoniecznie świadomej) obawie przed ostracyzmem społecznym (odrzuceniem, wyrzuceniem ze społeczności). Człowiek zaś, jako istota społeczna potrzebuje innych ludzi w celu zaspokojenia licznych, ważnych potrzeb.
Widać z tego, jak istotna jest rola otoczenia. Oczywiście, że wyuczoną bezradność można „przekazać” w rodzinie – dzieci uczą się postaw biernych od rodziców i/lub rodzeństwa. Jednak również środowisko rówieśnicze, bądź wspólnota zainteresowań, czy „wspólnota losów” mają znaczny wpływ na zachowania ludzi. W ten sposób mogą powstawać swego rodzaju „getta” – siedliska biedy, przestępczości, itp., z których trudno się wyzwolić. W ten sposób też skłonność do otaczania się „podobnymi do siebie” może być czynnikiem hamującym. Przykładowo – osoby z niepełnosprawnościami zwykle chętniej przebywają wśród osób z niepełnosprawnościami, ponieważ czują się lepiej rozumiane, mają podobne doświadczenia, łatwiej im o wzajemnie porozumienie. Jeśli większość takiej grupy będzie prezentowała postawy bezradności, to nawet jednostki bardziej aktywne z czasem mogą temu ulec.
Terapia wyuczonej bezradności opiera się na modyfikacji „stylów poznawczych” i nauki samoobrony. Bardzo istotna jest tu wartość odniesionych sukcesów i poczucie, że wynikły one z własnych poczynań. Wykorzystuje się tu m.in. zdrowe zjawisko psychiczne tzw. „tendencję samoobronną”, która polega na przypisywaniu sobie odpowiedzialności za sukcesy, a czynnikom zewnętrznym - odpowiedzialności za porażki. Służy to ochronie poczucia własnej wartości. Tu istotny jest jeszcze jeden element, a mianowicie konieczność podniesienia samooceny. W wyuczonej bezradności jest ona zwykle dość niska, a w dodatku bywa źródłem jeszcze innego zjawiska, czyli samoutrudniania. Również służy ono (na krótką metę) obronie poczucia własnej wartości, ale nastawienie jest inne – jest to przewidywanie niepowodzenia i jednoczesne przygotowywanie takich wyjaśnień, dzięki którym można zachować poczucie zdolności do działania czy rozwiązania sytuacji.
Wyuczona bezradność często bywa źródłem nastawienia na „branie”, czyli postawy roszczeniowej (nazywanej też potocznie biorczością). Jeśli równocześnie z negatywnymi bodźcami pojawia się bezwarunkowe zaspokajanie potrzeb, czyli inaczej mówiąc w zamian za bezczynność otrzymuje się nagrody (wsparcie, pomoc) człowiek nastawia się, że wszystko to mu się należy, ponieważ on nie jest w stanie poradzić sobie samodzielnie. Postawy takie rodzą się nie tylko w dzieciństwie, ale także w życiu dorosłym. Człowiek stara się szukać wsparcia wszystkimi możliwym środkami, w czym – co paradoksalne – potrafi wykazać się dużym uporem, konsekwencją i siłą. Jeśli nie otrzymuje oczekiwanego wsparcia, nierzadko bądź pogrąża się w stanie apatii, bądź staje się agresywny.
Typowym przykładem biorczej postawy był (i zapewne nadal jest) jeden z naszych podopiecznych, który dotarł nawet do Rady Ministrów, by otrzymać wsparcie finansowe na mieszkanie dla niego, żony i trójki dzieci, ale wszystkie oferty pracy, nawet w specjalnie dostosowanych do jego indywidualnych potrzeb warunkach, odrzucał, motywując to stanem swojego zdrowia. Był u Rzecznika rządu ds. osób niepełnosprawnych, bywał u posłów na sejm, a organizacje pozarządowe, które odwiedzał trudno zliczyć. Kompletnie umykało mu i nie przyjmował tego do wiadomości, że praca zawodowa będzie kosztowała go mniej wysiłku, niż chodzenie od organizacji do organizacji, od urzędu do urzędu. Nie przyjmował nawet argumentów, że w ten sposób uczy też swoje dzieci, iż nie praca, a swego rodzaju „żebranie” może być źródłem osiągnięć.
Inny przypadek typowej postawy roszczeniowej to beneficjent jednego z projektów Stowarzyszenia, który twierdził, że wszystko, co otrzymuje mu się należy (tu bardzo kosztowne szkolenie), ponieważ płaci z renty podatki, a poza tym jest przecież niepełnosprawny. Jego zdaniem z tego powodu nie musiał też podlegać sprawdzaniu wyników swojej nauki i nie musiał przystępować do przewidzianych w projekcie egzaminów, ani nie musiał stosować się do obwiązujących wszystkich beneficjentów reguł. Dużo wysiłku wkładał przy tym w stawianie wszelkiego możliwego oporu.
Oba te przypadki mają wiele wspólnego, co można podsumować krótko: „należy mi się”. Osoby w ten sposób nastawione do życia są zdolne do używania wielu środków, by osiągnąć cel. Bardzo często stosują taktykę zmiękczania serca (urzędnika czy ewentualnego darczyńcy), czyli wzbudzenie u niego współczucia. Łzy, a nawet sposób mówienia i siedzenia mówią „jestem biedny”, „potrzebuję”, często wykorzystywanym „argumentem” są tu dzieci. Niektórzy potrafią nawet zagrozić, że nie wyjdą z biura, jeśli nie otrzymają tego, czego żądają. Sposób „na litość" to jeden koniec tego „kija”. Na przeciwległym znajdują się zachowania agresywne. Podniesiony głos, ton pełen pretensji, a niekiedy nawet słowna agresja ujawniają się najczęściej, gdy osoba taka usłyszy, że instytucja nie jest w stanie spełnić jej oczekiwań lub że pomoc taka jej nie przysługuje. Niektórzy tak wyspecjalizowali się w znajomości przepisów i instytucji, fundacji i organizacji wspierających, że dokładnie wiedzą, gdzie i jaką pomoc mogą otrzymać oraz jakie przysługują im ulgi, przywileje i zniżki.
Czy w obu przytoczonych powyżej przypadkach źródłem była wyuczona bezradność trudno powiedzieć, bowiem żaden z tych panów nie chciał spotkać się z psychologiem. Jednak źródłem postawy roszczeniowej może być także egoizm, egocentryzm, „życzeniowy” sposób myślenia. Bez wsparcia psychologa bardzo trudno zastosować jakiekolwiek metody, zaś osoby te na tyle „wygodnie się ustawiły” (w ich poczuciu), że nie są zainteresowane zmianą. I tu kółko najczęściej się zamyka. Takie postawy zweryfikować może tylko silna grupa, w której osoba taka narażona będzie na różne „sankcje” (zwracanie uwagi, krytyka, a nawet wykluczenie) wywołujące wstyd, zażenowanie. Może to jednak wywołać także bunt i agresję. Postawy roszczeniowe nierzadko wykorzystuje się do zachowań destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. „Skoro nie dostanę, to ja wam pokażę”. Efektem bywa bierny opór, wybuchy złości, niszczenie przedmiotów a nawet próby samobójcze.
W pracy – na przykład – taki pracownik, który uważa, że otrzymuje mniejsze wynagrodzenie, niż zasługuje, może czuć się usprawiedliwiony, gdy nie przykłada się do pracy. Bywa to także źródłem „sabotażu” – np. niszczenia narzędzi. Spotykana jest postawa odwrotna – altruistyczne poświęcenie albo wręcz pracoholizm, bo może w końcu ktoś zauważy, jak bardzo zasługuje się na nagrodę. Poświęcenie jednak ma zwykle też inne źródła niż roszczeniowość.
W postawie roszczeniowej charakterystyczne zwykle jest poczucie krzywdy, zazwyczaj porównanie z innymi wypada w oczach osoby biorczej negatywnie, otrzymuje mniej, jest jej trudniej, musi pokonać więcej trudności, ale – jej zdaniem – zupełnie na to nie zasłużyła. Psychologowie upatrują zazwyczaj przyczyn w rodzinie – nadopiekuńczości bądź nadmiernym rygoryzmie. Kłopot w tym, że postawy roszczeniowe powstają również w życiu dorosłym. O tym mało się mówi, a znalezienie materiałów fachowych na ten temat graniczy z cudem, więc pisać będę w oparciu o własne doświadczenie i złożone razem „strzępki informacji”. Moim zdaniem źródło postaw roszczeniowych pozostaje w przypadku osób dorosłych podobne, a mianowicie właśnie nadopiekuńczość lub zbyt wygórowane wymagania, ale tym razem nie koniecznie dotyczy to rodziców lub rodziny. Nadopiekuńcze może być państwo, nadopiekuńcze może być otoczenie. Podobnie działają zbyt duże bariery czy wymagania stawiane przez prawo lub pracodawców, czy grupę, w której człowiek przebywa najczęściej (spędza najwięcej czasu).
Nadmierne bariery stwarzają podstawę do pojawienia się wyuczonej bezradności. Pamiętać jednak musimy, że mamy do czynienia z osobą dorosłą, która chce być traktowana jak dorosła, ma jakieś potrzeby – np. osiągnięć – i musi je w jakiś sposób zaspokoić. Zwłaszcza, jeśli udało się jej wcześniej coś już osiągnąć, zagrożenie powstaniem postawy roszczeniowej jest duże. Największe zagrożenie dotyczy obszarów wpływających na potrzeby biologiczne, od tego bowiem zależy przetrwanie. Długotrwałe pozostawanie na granicy ubóstwa lub przedłużające się ubóstwo (zubożenie) czyli stan deprywacji materialnej powoduje, że człowiek stara się wszelkimi sposobami osiągnąć poprawę, tym bardziej, że czuje się skrzywdzony tym, co się stało. Jeśli ubóstwo jest „dziedziczne” (występowało w rodzinie) następuje najczęściej powrót do wyuczonych zachowań, nierzadko właśnie bezradności, ale bywa, że poczucie krzywdy zaczyna dominować, bo dotyczy także innych osób, i to bliskich, na których człowiekowi najbardziej zależy. Jeśli jest to coś „nowego” poczucie krzywdy jest także bardzo dojmujące, zaś pogłębiane jest ono nierzadko przez innych członków rodziny, którzy albo otaczają takiego „nieszczęśnika” opieką i wsparciem, albo dają do zrozumienia, że człowiek jest po prostu fajtłapą. W jednym i drugim przypadku efekt może być taki sam: najpierw oczekuje się od rodziny, a potem od reszty otoczenia.
Opiekuńcze państwo, pozwalające „wygodnie się ustawić” osobom, które napotkały jakieś poważne przeszkody prowadzi do sytuacji, w których – dokładnie na takich samych zasadach – ci, którym się z jakiegoś powodu nie udaje uważają, że powinni dostać wsparcie. A że najczęściej za swoją sytuację winią właśnie państwo (prawo, urzędników itd.), które wyrządziło im krzywdę, to przecież powinni dostać coś w zamian. Osoby niepełnosprawne z kolei uważają, że zostały pokrzywdzone przez los – jeśli tak ich się traktuje – i skoro nie ponoszą za to winy, to z mocy prawa mogą swobodnie korzystać ze wsparcia społecznego, czyli podatników. Takie jest prawo i im się należy. Podobnie działają mechanizmy w przypadku, gdy przepisy lub warunki życia stwarzają zbyt wiele barier.
Postawę roszczeniową łatwo jednak pomylić z domaganiem się respektowania swoich słusznych praw. Najlepiej widać to w sytuacji osób z niepełnosprawnościami. Dla nich krawężniki, schody, turnikiety (drzwi obrotowe), stojące na środku kosze na śmieci stanowią często przeszkody nie do przebycia, a przecież mają oni prawo do dostępu do takich samych usług, jak cała reszta społeczeństwa. Praca oferowana takim osobom to zwykle niższe stanowiska i gorzej płatne, tylko dlatego, że „tak się utarło”, iż są mniej efektywni, mniej zdolni, mają mniejsze możliwości. Ja sama, szukając pracy przez prywatne agencje niejednokrotnie usłyszałam, że „ofert dla osób niepełnosprawnych u nas nie ma”, przy czym bez znaczenia pozostawały moje kwalifikacje i zawód, który z chodzeniem, ani bieganiem nie ma w zasadzie nic wspólnego, a „głowę mam zdrową”. Żeby jednak nie sprowadzać sprawy tylko do niepełnosprawności inny przykład: jeśli kobiety pracują tak samo, jak mężczyźni, wykonują tę samą pracę, to mają prawo domagać się wynagrodzenia na poziomie, jaki otrzymują mężczyźni, podobnie awansów, czy też szacunku dla ciężkiej pracy w domu.
Nie należy przy tym zapominać, że to co dla jednych jest luksusem, dla kogoś innego może być niezbędne do życia. Samochód, zmywarka, czy asystent to nie wygodnictwo, ale możliwość wykonywania codziennych czynności, pracy, załatwienia swoich spraw, czyli po prostu samodzielności. Potrzeba posiadania samochodu (np. osoby z niepełnosprawnością ruchową) nie jest wyrazem postawy roszczeniowej, ale wynikiem barier, z jakimi musi się ona borykać w otoczeniu. Jest to więc nie jej problem, ale głównie społeczeństwa, które mniejszości traktuje, jak nieistniejące. A przynależność do mniejszości nie odbiera prawa do życia na takim samym poziomie, jak wszyscy inni obywatele.
Problem zaczyna się dopiero w tym, jak konkretna osoba podchodzi do swoich praw i jak je egzekwuje. W przypadku osób bezradnych sprawa bywa prostsza. Zwykle potrzebuje ona wsparcia psychologa, zarówno indywidualnego, jak i w grupie. Z bezradnością można sobie poradzić, choć nie jest to łatwe i wymaga naprawdę długiej i potężnej pracy, bo zmiana postrzegania siebie i świata nie jest prosta. Zwłaszcza gdy bariery i przeszkody, które je wywołały nie znikają, podczas gdy podniesienie poczucia własnej wartości wymaga sukcesów. Osiąga się to zwykle metodą małych kroków, wymaga to więc długiego czasu i podtrzymywania na drodze zmian. I praca ta może być skazana na niepowodzenie jeśli nic nie zmieni się w otoczeniu. Tu z kolei wskazana byłaby też praca z rodziną, która rzadko chce współpracować, nie dostrzegając swojego wpływu i nie doceniając swojej roli w procesach zmian. Poza tym zwykle już na taką pracę brak funduszy, bo przecież – w nierzadkim mniemaniu decydentów – aktywizować trzeba osobę, a nie jakieś jej otoczenie, które "jakoś" sobie radzi (zwykle nie wiadomo jak sobie radzi, bo informacja też kosztuje, zwłaszcza trudno to sprawdzić jeśli osoby te nie należą do określonej „kategorii wsparcia”). Z kolei w przypadku postaw roszczeniowych pracę należałoby rozpoczynać właśnie od otoczenia, a z tym rzadko kiedy terapeuci mają kontakt i tu także rzadko otoczenie chce współpracować, podobnie, jak w poprzedniej sytuacji.
Gorzej z państwem i społeczeństwem. Zjawiska dotyczące szerszej społeczności mają mniejszą dynamikę, trudniej jest osiągnąć pozytywne i prawidłowe zmiany. Łatwo tu też o ekstrema i o „wylanie dziecka z kąpielą”. Skoro bowiem nie należy zbyt dużo pomagać, to nie pomagajmy. A skoro należy pomagać, to dajmy. Przyczyny takiego postępowania zwykle leżą w braku wiedzy, trudno bowiem oczekiwać, by wszyscy byli – nawet w jakimś stopniu – fachowcami w dziedzinach społecznych. Wytworzenie systemu wsparcia pod warunkiem pewnych oczekiwanych zachowań czy postępowania (inwestowania w potrzebujących) wymaga wielu lat pracy. Takie warunki jednak zaczyna się już wprowadzać w państwach Zachodu, który już mocno zawiódł się na polityce opiekuńczości i gdzie systemy zabezpieczenia społecznego nieomal już zbankrutowały. W Polsce ciągle jeszcze obowiązuje system „rozdawania” świadczeń, który – i to stwierdza wielu badaczy i osób działających na polu wsparcia społecznego – jest źródłem powstawania niekorzystnych postaw (zarówno dla społeczeństwa, jak i samych osób zainteresowanych).
Tak więc zdarza się, że jako ludzie czy organizacja nie jesteśmy w stanie pomóc osobom, które o tę pomoc się zwracają, ale nierzadko na przeszkodzie leżą nie tyle problemy obiektywne, co ich własne postawy. Pozostaje żal do świata i poczucie krzywdy, a ci którzy próbują pomóc, także muszą sobie poradzić z tym, że są bezsilni. To niełatwe dla obu stron, ale to ci, którzy prezentują postawy roszczeniowe lub nie chcą wyjść z bezradności, ponoszą największe straty. Bo w ostatecznym rozrachunku kiedyś możliwości i siły otoczenia wyczerpują się, a oni zostają sami.
Tym razem chyba wystarczy (wpisy robią się coraz dłuższe), ale że z pomaganiem łączy się też kwestia wypalenia zawodowego „pomagaczy”, postaram się więc i o tym napisać „parę słów”.
Do zobaczenia :)
sobota, 6 marca 2010
Pomagać – jak to łatwo powiedzieć (cz. 2)
Dziś kontynuujemy poprzedni temat – była mowa o przyjmowaniu pomocy.
Inną sprawą jest udzielanie pomocy. Jest to równie trudne i najeżone przeszkodami, jak jej przyjmowanie. Po pierwsze dlatego właśnie, że sytuacja jest niezmiernie delikatna. Mamy przed sobą człowieka, którego problem wdeptał w ziemię, jego poczucie własnej wartości i godności znajduje się na poziomie gruntu, a bywa, że niżej, czuje się upokorzony, nierzadko zbuntowany przeciw losowi i ludziom. Taki człowiek często albo zgadza się na wszystko, choć nie do końca rozumie, czego od niego się oczekuje lub nie do końca się zgadza, ale uważa, że skoro pomagają, to powinien przyjąć wszystko bez gadania. Niektórzy są agresywni w różny sposób. Bywa, że przybiera to postać pretensji do wszystkich, wypowiedzi są gwałtowne lub złośliwe, bądź pretensji do siebie – „jak mogłem być takim kretynem” (łagodnie mówiąc), „to wszystko moja wina, gdybym był mądrzejszy...”, „należało mi się, skoro byłem takim idiotą...”. To do niczego dobrego nie prowadzi.
Nie jest to też platforma do współpracy. Współpraca jest konieczna, pomoc bowiem nie polega tylko na tym, by zaspokoić sygnalizowane potrzeby – trzeba zawsze brać pod uwagę, że ocena osoby bezpośrednio zaangażowanej w problemy nie będzie właściwa. Zdarza się nierzadko, że beneficjent dostrzega jedynie skutki. Dużo trudniej jest dojść do przyczyn problemów. Zaspokojenie podstawowych potrzeb nie zamyka sprawy, bo problemy będą wracać, jeśli nie zlikwiduje się przyczyn. Inaczej pomoc nie będzie skuteczniejsza, niż leczenie anginy okładami na głowę.
Bywa, że klient dokładnie wie, czego potrzebuje – a przynajmniej tak mu się wydaje – zwłaszcza w przypadku osób starszych, które przez całe życie dobrze sobie radziły i nagle stanęły „pod ścianą”. I tu trzeba pamiętać – niczego na siłę się nie dokona. Trzeba tu dokładnie rozważyć sposób udzielenia pomocy, a nawet powstrzymanie się od działania, bowiem bywa, że najwłaściwsza pomoc polega na powstrzymaniu się od pomocy, choć to niełatwe. Nie można bowiem w zasadzie pomóc komuś, kto sam sobie pomóc nie chce. Poza tym zdarza się, że klient ma rację. Wie czego potrzebuje „by ruszyć z miejsca”, a z resztą sam sobie już poradzi. I nie ma co go do pomocy zmuszać, ani szczególnie namawiać, bo też kim my jesteśmy, żeby układać mu życie według własnych wyobrażeń. Sam musi przekonać się czy i jakiej jeszcze pomocy będzie potrzebował. Istotne jest więc, by nie zamykać drzwi, nie palić mostów. Zawrzeć partnerską umowę, że jeśli okaże się, iż to nie wszystko, spotkamy się znów, na zasadach partnerskich. Krytykowanie jego postawy nie przyniesie nic dobrego. Można oczywiście w rozmowie spróbować dojść do tego, czy nie lepiej byłoby ogarnąć szersze problemy, czy nie łatwiej byłoby zniwelować błędy, by więcej energii poświęcić na pójście do przodu, zamiast rozwiązywania problemów. Zawsze jednak decyzje powinny być podejmowane w partnerstwie, a nie arbitralnie.
Ale zawsze trzeba dużo ostrożności. Krytyka może pogłębić problemy, „dobić” pokonanego, zaostrzyć sytuację, zwiększyć agresję. Trzeba więc tak pokierować rozmową, by osoba, której się pomaga dobrze zdała sobie sprawę, że nie jest ani za głupia, żeby sobie poradzić, ani zbyt słaba, a jedynie – jak każdy – popełnia błędy, które można usunąć i zabezpieczyć się w miarę możliwości przed powtórzeniem się sytuacji. Najlepiej byłoby, gdyby beneficjent „sam” wpadł na pomysł rozwiązań. Łatwo napisać, ale dużo trudniej zrobić. Po pierwsze dlatego, że skoro dotąd nie wpadł na rozwiązanie, może to wynikać z braku wiedzy, choćby o instytucjach, czy prawach, z pomocy których można było skorzystać. I tylko dlatego, że z nami rozmawia nie zostanie nagle w tej materii oświecony. Krytyka więc w pewien sposób się pojawia, zwłaszcza, gdy beneficjent zrobił coś wręcz odwrotnego, niż powinien. Tu najważniejsze okazują się zasady asertywności, która nie jest – wbrew obiegowym opiniom – tylko umiejętnością właściwego mówienia „nie”. To także umiejętność zadawania pytań, szacunek dla cudzych wyborów i cudzego zdania, a w tej pracy przede wszystkim umiejętność słuchania. Asertywność wymaga też by krytyka była konstruktywna. A zatem jeśli już musimy krytykować, to tak, by nie urazić cudzych uczuć, nie poniżyć, nie stwarzać kolejnych problemów. A przede wszystkim nie krytykujemy osoby, tylko konkretne błędy. Nie wolno na przykład powiedzieć: „każdy w tej sytuacji powiedziałby, że...”. To jest wypowiedź agresywna i podporządkowująca. Można natomiast wyrazić własne zdanie: „sądzę, że /tu i tu/ można było zrobić inaczej”. Jak widać niezbędną kontynuacją tego zdania jest: „można było zrobić /to lub to/...”. W ten sposób krytyka nabiera konstruktywizmu (inaczej jest tylko „krytykanctwem”), czyli pomaga znaleźć rozwiązanie, a nie stawia pod pręgierzem. To zawsze jest bardzo ważne, ale w sytuacjach trudnych wręcz niezbędne. Jeszcze bardziej łagodzi krytykę zadawanie pytań: „a czy nie lepiej byłoby... /tu kilka wariantów/...”. Otwiera to też drogę do tego, by klient sam dokonał wyboru i „zapanował” nad swoją sytuacją.
Kierowanie rozmową tak, by klient „sam” dochodził do wniosków, unikanie krytyki i ewentualnie konstruktywna krytyka pozwala także osobie, której się pomaga na aktywny udział w naprawianiu sytuacji. To również jest bardzo istotne. Nie wolno bowiem osoby takiej wyręczać i zastępować w decyzjach, bo niekorzystna sytuacja jeszcze się pogłębi, my zaś spowodujemy rozbudowywanie się biorczości i uzależnienia od pomocy lub klient zrazi się do pomocy. Jednocześnie nacisk nie może być zbyt duży, bo zamiast przeformować można złamać. I teraz bardzo dużo zależy od sytuacji, osoby, możliwych do wykorzystania środków. Występuje tu tyle wrażliwych elementów, że praca ta jest podobna do pracy sapera, tylko że nie zawsze owa „mina” od razu wybucha nam w rękach. Zdarza się, że powstaje reakcja łańcuchowa, małych zdarzeń i wniosków prowadzących do pogorszenia sprawy. Tu nie ma gotowych recept. Najważniejszy jest trening, doświadczenie i... empatia. I trzeba ciągle pamiętać, kto tu jest najważniejszy. Własne problemy musimy zostawić za drzwiami. Choćbyśmy nie wiadomo jak byli zdenerwowani (na dzieci, sąsiadów, pasażerów w autobusie) nie może to mieć wpływu na nasze kontakty z beneficjentem. Jednocześnie jednak warto czasem wskazać rozmówcy, że jego postępowanie wobec innych (np. różne rodzaje agresji) mogą być dodatkowym źródłem jego kłopotów. Pamiętać jednak trzeba, że nie wszyscy będą reagować tak jak my i nie uogólniać swoich uczuć na innych. A to dopiero początek.
Konieczne jest też całościowe, wielowymiarowe spojrzenie na naturę problemu oraz takież działanie; nie można na przykład sprowadzać kwestii niepełnosprawności tylko do jej aspektu medycznego. Trzeba uwzględnić aspekt psychologiczny, społeczny i inne czynniki mogące mieć znaczenie dla rozwiązania trudnej sytuacji i zapobiegania problemom. Załóżmy, że mamy do czynienia z osobą, która straciła mieszkanie (została wyeksmitowana). Ma dwoje dorosłych dzieci, wykształconych (po studiach) i z dobrymi zawodami (informatyka, anglistyka). Okazuje się jednak, że żadne z dzieci nie pracuje. Nasz rozmówca/rozmówczyni jest osobą chorą, jej schorzenie jest postępujące, a mimo to, wszystko spoczywa na jej barkach. Jeśli nadal sam/a będzie musiał/a radzić sobie z problemami, niewiele z tego wyniknie. Trzeba wypracować tu metody zaktywizowania całej rodziny. To nie jest takie proste, bo nie zawsze członkowie rodziny chcą współuczestniczyć w naprawianiu sytuacji. Uważają, że robią wszystko, co mogą, nie zdając sobie sprawy, że ich postępowanie wynika z zapisanych głęboko niekorzystnych schematów wytwarzanych przez lata. A przy tym, tak im zwykle wygodniej. Tu warto skorzystać z pomocy psychologa. Nierzadko bowiem klient musi stać się terapeutą i siebie, i swojej rodziny. A więc nie tylko przyznać się do popełnionych błędów wychowawczych i zmienić swoje podejście, ale także pomóc zmienić sposób myślenia i postępowania innych. A w takich sytuacjach nawet osoby z odpowiednim przygotowaniem czasem radzą sobie z trudem, a co dopiero ktoś, dla kogo jest to „ziemia nieznana”, kto musi uczyć się na bieżąco i ponosić za to odpowiedzialność. A przecież każde „odebranie” dotychczasowych „praw” wywołuje nierzadko gwałtowne reakcje – zwłaszcza dzieci, ale nie tylko – i nie dość, że trzeba to znieść, to jeszcze pozostać konsekwentnym. Inaczej nic się nie zmieni, a wręcz przeciwnie – będzie coraz gorzej.
Trzeba przy tym także zadbać, by nasze postępowanie było przewidywalne. Beneficjent ma dość „wrażeń”. Jeśli będziemy go zaskakiwać co raz to nowymi „pomysłami” trudno mu będzie nam zaufać, poczuć się bezpiecznie i wziąć udział w naprawianiu problemów. A więc stopniowo – od łatwego do trudnego, od ogółu do szczegółu, od znanego do nieznanego, itd. To stare zasady nauczania, bowiem cóż my innego robimy w takich chwilach, jak uczymy ludzi nowych dla nich zachowań, sposobów myślenia, postrzegania. Łatwo tu wpaść w ton mentorski, a pouczanie nie ma nic wspólnego z nauczaniem. Pouczanie ma taki sam efekt jak krytykanctwo. Nauka zaś wymaga czasu, poczucia, że przynosi to efekty, a wszystko to jest bardzo zindywidualizowana sprawa. Jedna osoba bowiem uczy się szybko, inna wolniej, a naszym zadaniem jest osiągnięcie określonego efektu, a nie skrócenie czasu nauki. Pośpiech jest wskazany prze łapaniu pcheł. Tu trzeba dokładnie tyle czasu ile potrzebuje klient. A zatem musimy wykazać cierpliwość i wytrwałość. Inaczej efekt będzie mizerny albo odwrotny do zamierzonego.
Bardzo ważna jest stała dbałość o to, by klient budował przy tym wszystkim własną niezależność i samodzielność. A zatem wzmacnianie poczucia własnej wartości, umiejętności w miarę obiektywnej samooceny, umiejętności słuchania i obrony własnego zdania. Nasza praca powinna usprawnić umiejętność samodzielnego radzenia sobie z problemami, pomóc w samodzielnym zapewnieniu sobie stabilności i odzyskaniu poczucia bezpieczeństwa. Powinna także stworzyć podstawy do tego, by beneficjent umiał uczyć się na własnych błędach i błędach innych, by odbudował i zachował poczucie własnej godności, dostrzegał i potrafił czerpać dumę ze swoich osiągnięć, potrafił egzekwować własne prawa i przestrzegał praw innych. No i nie wolno zapominać o pomocy bieżącej – krótko i w pewnej przenośni mówiąc: klient niczego się nie nauczy jeśli będzie głodny.
I tu jeszcze jedna sprawa. Bieżąca pomoc musi być odpowiednia do potrzeb klienta, a nie do tego, co nam się wydaje. Rozpoznanie tych potrzeb jest niezwykle istotne, zwłaszcza w problemach materialnych. Pieniądze w naszej kulturze są postrzegane w specyficzny sposób, do tego stopnia, że łatwiej często jest przyjąć mleko niż pieniądze na nie. Pieniądze kojarzą się z płatną protekcją, żebraniem czy wręcz prostytucją. A tu trzeba wsparcia. I co z tym zrobić? Ano stworzyć u beneficjenta poczucie tego, że jest to jego inwestycja w przyszłość. Przy tym pomoc musi być odpowiednia do potrzeb. Mówiąc inaczej: jeśli człowiek jest głodny, a my damy mu bilety do kina, to on na tym nie skorzysta, nasza pomoc będzie „do wyrzucenia”, czyli wysiłek i pieniądze pójdą na marne, a przy tym pogłębi to u klienta poczucie bezradności. A beneficjent nie zawsze potrafi właściwie wyrazić swoje potrzeby. Poza tym pomoc nie może być ani za duża, ani za mała. Za dużo nie pobudzi beneficjenta do tego by powiększyć zasoby. Za mało nie przyniesie zaspokojenia podstawowych potrzeb i znacznie utrudni pracę nad usprawnianiem. Tu trzeba dużo wyczucia i oparcia w doświadczeniu, znajomości środowiska oraz dobrego poznania całości sytuacji.
No i nigdy – w miarę możliwości – nie należy pozostawić klienta bez pomocy. Oczywiście bywa, że oczekiwania klienta są nierealne, ale tu pomoc polegać będzie między innymi na korekcie tych oczekiwań. Natomiast bywa, że beneficjent potrzebuje tego, cze my nie możemy mu zapewnić. Najwłaściwsze jest wtedy zapewnienie mu pomocy kogoś innego, ale nie na zasadzie „odsyłacza”, ale „przekazania” w konkretne ręce. Szukanie pomocy jest bardzo wyczerpujące, trudne i nierzadko na wizycie u nas wtedy się kończy. Aby tak się nie stało najlepiej jest skontaktować się z odpowiednią organizacją/urzędem i osobą, która „przejmie pałeczkę”. No i skontrolowanie efektów, choćby po to by na przyszłość wiedzieć, czy na tę instytucję/organizację beneficjenci mogą liczyć i w jakim zakresie.
Sporo tego, prawda? A przy tym my sami też jesteśmy ludźmi. Łatwo tu o tzw. wypalenie zawodowe. Osoby zajmujące się na co dzień pomocą znajdują się w pierwszej trójce grup zawodowych najbardziej na to narażonych. Bardzo łatwo tu o „znieczulenie”, przedmiotowe postrzeganie i traktowanie ludzi, brak cierpliwości, drażliwość, poirytowanie, również w życiu prywatnym i baaardzo wiele różnych problemów, które mogą doprowadzić do poważnych konsekwencji, włącznie ze śmiercią. Ale o tym może innym razem, bo to także ciekawy, ale i obszerny temat.
Tymczasem pozdrawiam i do zobaczenia. Następny temat: biorczość – jak powstaje i jak można jej zaradzić.
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
NGO’s - teoria i praktyka, czyli prawo sobie, a życie sobie
Jak pisałam w poprzednim wpisie organizacje pożytku publicznego (OPP) mogą korzystać z przywilejów nadanych im ustawą.
Krótko przypomnę, że są to zwolnienia z niektórych podatków i opłat skarbowych/sądowych (realizowane w praktyce) i teoretycznie: nabywanie na szczególnych warunkach praw do nieruchomości Skarbu Państwa i samorządów. Ponadto organizacja może korzystać z pracy osób skierowanych do służby zastępczej i wolontariuszy.
Może ona także prowadzić działalność gospodarczą w odpowiednim „rozmiarze ” , działalność odpłatną pożytku publicznego i korzystać z 1% odpisów podatkowych obywateli.
Również teoretycznie zmiany w prawie dotyczącym kwestii społecznych powinny być konsultowane z OPP.
I to wszystko teoretycznie, bowiem w praktyce konsultacje społeczne polegają na tym, że publikuje się coś w głębokich zakamarkach strony internetowej ministerstwa lub innego urzędu i daje się jakiś krótki termin na wysłanie uwag. Z reguły więc owe konsultacje nie przynoszą zmian lub przynoszą nieznaczne.
Droga do państwowej telewizji tak wyboista jest, że rzadko komu udaje się przez nią przebrnąć, chyba, że może zapłacić milionowe koszty reklamy - od czasu do czasu udaje się „przepchnąć” jakąś krótką wzmiankę o specjalnych imprezach (post factum z resztą), więc o informacji, że podejmuje się jakieś działanie „dla dobra i na rzecz”, tak by umożliwić osobom potrzebującym pomocy udział w tych przedsięwzięciach mowy nie ma. Jak to wygląda w praktyce może każdy z nas ocenić, bo wszyscy widzimy, jak wiele takich informacji się pojawia.
Pozostała telewizja i prasa - prywatna - zainteresowana jest zyskiem, zaś działania społeczne prowadzi przez własne fundacje, mające w efekcie szeroki dostęp do medialnej reklamy. Sprawiedliwość oddać trzeba niektórym gazetom prywatnym, że chociaż zniżki na ogłoszenia płatne dają, choć to rzadka praktyka. Małe lokalne gazety czasem coś zamieszczą, i dzięki Bogu i redaktorom choć za to, bo każda pomoc w naszej działalności jest bardzo ważna, ale zwykle są to małe notatki, bo to informacja "nie medialna" jest przecież (nikt nikogo nie zabił, nie oszukał, więc o czym tu gadać?).
O gruntach nie ma co nawet wspominać, bo chociaż ustawa obowiązuje od 2004 r. żadna jeszcze organizacja darowizny w postaci jakiejś nieruchomości nie otrzymała, a przynajmniej nic o tym powszechnie nie jest wiadome. Służby zastępczej nie ma, bo już mamy armię zawodową. Przepis więc jest już od jakiegoś czasu martwy.
Również teoretycznie, organizacje finansować mogą swoje działania z tzw. 1%, tzn. odpisu od podatku, który każdy obywatel i tak by zapłacił, ale może przeznaczyć go dla konkretnej organizacji. W ten sposób państwo umyło ręce od wspierania finansowego organizacji społecznych - w końcu to procent od podatku, którego nie dostanie Skarb Państwa. A że jeden? No cóż, państwo biedne jest, dziura budżetowa zieje i straszy, a fundusze europejskie są i zlecanie zadań przez samorządy. Eldorado jednym słowem.
Wróćmy jednak ze sfery marzeń do życia. W praktyce 1% wpływa na konta tych, których stać na medialne akcje, reszta „szaraczków” może liczyć na drobne sumy osób zaprzyjaźnionych z organizacją albo innych „krewnych i znajomych królika”.
Byłabym niesprawiedliwa i niewdzięczna wobec tych, którzy ów 1% wpłacają, gdybym powiedziała, że te pieniądze są bezużyteczne. Sama wpłacam go regularnie, choć bywa, że przy moich zarobkach to 2 albo 3 złote. Jednak 10 takich wpłat i już się uzbierało 20 lub 30 złotych - dwie paczki dla dzieci na święta są.
Wpłaty te są więc bardzo ważne, bowiem pomagają organizacji sfinansować pojedyncze potrzeby podopiecznych, a przecież problemy społeczne powstają z takich właśnie jednostkowych potrzeb.
Dlatego tak ważna jest świadomość całej społeczności, że ów 1% może uratować komuś życie, albo pomóc w sytuacjach, w których każdy z nas byłby bezsilny.
A im organizacja mniejsza, tym bardziej wartościowa jest każda wpłata, bo serce naprawdę się kraje, gdy człowiek rozkłada ręce i mówi zapłakanej matce, że nie możemy pomóc jej dziecku, bo zabrakło kasy. A jak wybrać, komu ta pomoc jest bardziej potrzebna, dokonać wyboru między jednym nieszczęściem, a drugim?
Jednak z natury rzeczy z tych wpłat przedsięwzięć społecznych nie da się sfinansować, bo trudno tu mówić o działalności systematycznej, a tym bardziej planowej, dla której w końcu organizacja powstała, starała się o osobowość prawną i status organizacji pożytku publicznego.
Jak więc finansować swoje działanie?
Na przykład przez odpłatną działalność pożytku publicznego. Wiele organizacji taką działalność prowadzi, jednak główna trudność polega na tym, że tylko niektóre przedsięwzięcia można w ten sposób prowadzić, bo osoby potrzebujące wsparcia nie mają z czego płacić nawet drobnych kosztów. Tak więc taką działalność prowadzą najczęściej te organizacje, które prowadzą tzw. WTZ-ty (Warsztaty Terapii Zajęciowej) lub podobne działania, w których powstaje jakiś produkt, który można sprzedać, tym którzy będą chcieli i mogli go kupić. Można też prowadzić taki rodzaj działalności szkoleniowej. Jest to jednak działalność – krótko mówiąc – „po kosztach własnych”, czyli bez jakiegokolwiek zysku, który można by przeznaczyć na inne cele i dla innych podopiecznych.
Organizacja może prowadzić działalność gospodarczą. Określenie ustawowe mówi, iż działalność taka może być prowadzona „w rozmiarach służących realizacji celów statutowych”. Ponadto organizacja, która taką działalność chce prowadzić musi być wpisana do rejestru przedsiębiorców w KRS, za co płaci, jak każdy inny przedsiębiorca (za wyjątkiem oczywiście działalności gospodarczej osób fizycznych). Kosztuje to niemało, ale powiedzmy sobie, że jest to koszt jednorazowy i jakoś można uzbierać środki. Jednorazowy koszt jest oczywiście za jednorazowy wpis, ale gdy są jakiekolwiek zmiany (np. zarządu), koszty pokrywa się za każdym razem.
Rozmiar kwestią subiektywną jest. Ów rozmiar ograniczony jest najczęściej możliwościami organizacji, dlatego większość organizacji, która ma wpis do rejestru przedsiębiorców działalności mimo to w rzeczywistości nie prowadzi. Poza tym, że działalność taka musi być księgowo wyraźnie wyodrębniona od działalności opp, to podatki, wpisy, opłaty wszystkie organizacja ponosi w pełni. Ktoś przy tym kierować tym wszystkim musi. Tak więc koszty rosną, ale i obowiązki też.
Należałoby więc zatrudnić ludzi, którzy działalność tę poprowadzą od początku do końca, bo nikomu, kto prowadzi organizację nie starczy doby na połączenie działań społecznych i gospodarczych (i tak z trudem tej doby wystarcza). Nie dość więc, że ryzyko już z natury rzeczy jest niemałe, to jeszcze rośnie ono, bo przecież trudno znaleźć taką osobę, o której wiadomo, że działalność taką poprowadzi z powodzeniem, czyli fachowca - oni najczęściej wolą pracować na własny rachunek. A przy tym ryzyko ponosi zarząd, jak za wszelkie działania podejmowane przez organizację. Suma ryzyka zaczyna więc być tak duża, że nikt przy zdrowych zmysłach tego się nie podejmie.
No i finansować można by działalność ze składek, darowizn, spadków, dobroczynności publicznej. Składki, to obciążenie, które nakładają dobrowolnie na siebie członkowie stowarzyszeń (w fundacjach tego nie ma). Jeśli stowarzyszenie zrzesza osoby o szczególnych potrzebach (np. niepełnosprawne, bezrobotne, itp.), to składki są zazwyczaj symboliczne a i tak bywają za duże. Inni też mogą płacić je w ograniczeniu, nawet przy bardzo dobrej woli.
Darowizny zdarzają się głównie od osób prywatnych i zazwyczaj na konkretną potrzebę pojedynczej osoby (operację, wózek inwalidzki, itp.), rzadko zaś po prostu na działalność organizacji. Biznes o darowiznach nawet nie myśli, bo od każdej podarowanej złotówki (nawet w przedmiotach lub usługach) zapłacić musi VAT.
Dobroczynność publiczna to zbiórki publiczne, do których poza pozwoleniami na taką zbiórkę udzielanymi przez administrację samorządową potrzeba armii wolontariuszy, bo zapłacić przecież za pracę w takim przedsięwzięciu się nie da.
Tak więc nawet jeśli organizacja dofinansowuje swoje działania w takich formach, to i tu trudno mówić o działalności systematycznej.
O dalszym meandrach tego zjazdu z góry lodowej ;) – między innymi o zlecaniu zadań przez administrację publiczną – następnym razem, bo co za dużo to nie zdrowo.
A skąd tacy szaleńcy się biorą, którzy na tej wąskiej belce balansują? Ja tego nie wiem, patrząc po sobie myślę, że chyba stąd, skąd wszyscy inni, ale w organizacjach ogólnie obowiązuje pogląd, że "normalność" jest w końcu rzeczą względną, umysłowa też ;D. A poza tym satysfakcji czerpanej z takiej pracy nie umiemy niczym zastąpić, a to wiele wyjaśnia :)
Pozdrawiam i zapraszam.
Etykiety:
ngo,
ngo's,
organizacja pozarządowa,
organizacja pożytku publicznego
niedziela, 5 kwietnia 2009
NGO lub organizacja pozarządowa, czyli czym to jeść?
Znajomi, którzy wiedzą, że prowadzę organizację i widzą, ile czasu temu poświęcam, pytają mnie czasem zdziwieni: słuchaj, a co ty właściwie robisz?! Zdziwieni są przede wszystkim dlatego, że powszechnie stowarzyszenie nie kojarzy się z ciężką, codzienną, bardzo odpowiedzialną i wymagającą wysokich kwalifikacji pracą, a raczej z towarzystwem (czasem niemal "wzajemnej adoracji"), działaniem wolontarystycznym i tzw. społecznikowstwem.
I wtedy okazuje się, że tego co robię w krótkich słowach przekazać się nie da, bowiem żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć na jakich zasadach działamy, a te ogólnie słabo są znane.
Jeśli więc kogoś to interesuje, postaram się przybliżyć temat.
Otóż, organizacja pozarządowa to takie śmieszne „przedsięwzięcie prywatne”, które tak jak firma prywatna świadczy określone usługi, ale z założenia nie prowadzi do osiągania zysków. Bo też jak generować zyski na nieszczęściu, chorobie, biedzie, bezdomności czy dyskryminacji?
Owszem są tacy „artyści”, którzy i z tego potrafią wyciągnąć niezłe dochody, ale oni kierują swoje działania do tych, którzy pieniądze mimo wszystko mają, skrzętnie pomijając tych, którzy zdobyć ich nie mogą, bo jest już tak źle, że kółko się zamyka: dlaczegoś chłopcze biedny? - boś głupi, a dlaczegoś głupi? - boś biedny.
Oczywiście nie jest tak, że ci którym jest trudno są głupi, ale z pewnością nierzadko brak im możliwości, które daje pieniądz (przyzwoity, a nie grosz łaskawy). Brak im więc często odpowiedniego wykształcenia, umiejętności, wiedzy za które płacić trzeba niemało. Startują z biedy i klepią biedę, bo sami nie przeskoczą wysokich progów szkół i uczelni. Inni popadają w biedę na głodowych rentach, bo rzadko pracują, nie mogąc pokonać stereotypów dotyczących niepełnosprawności jako rzekomej przyczyny nieefektywności w pracy. W rezultacie tracą kontakt z rynkiem pracy i przestają w krótkim czasie nadążać za wymaganiami pracodawców, bo świat idzie do przodu w tempie zbyt dużym dla kogoś, kto stoi w miejscu – często nie z własnego wyboru, ale z przymusu. Dla nich właśnie działają organizacje pozarządowe.
To jednak nie jedyny ich rodzaj, wśród nich bowiem są i takie, jak stowarzyszenia hodowców kaktusów, albo towarzystwo miłośników znaczków pocztowych. I choć to także są organizacje pozarządowe i nikt nie neguje ich wartości, również społecznej, to zakres ich działania jest znacznie odmienny od tych, które działają na gruncie socjalnym, popularnie i nie bez przyczyny nazywanym - pomocowym. NGO to skrót od nazwy organizacji pozarządowych w języku angielskim (non governmental organizations). Pozarządowa zaś dlatego, że podobnie jak firma prywatna, prowadzi swoją działalność niezależnie od rządu, nawet jeśli działa w sferze pomocy społecznej. I tu podobieństwa do firmy prywatnej się kończą.
Każda organizacja działa w oparciu o statut, mówiący o zakresie, celach i sposobie jej działania. Statut – rzecz oczywista – nie może być sprzeczny z prawem i przed wpisaniem organizacji do specjalnego rejestru rejonowego sądu gospodarczego (Krajowy Rejestr Sądowy) jest badany, przesyłany do badania przez organ kontrolny (o tych organach poniżej) i po ewentualnych poprawkach zatwierdzany przez sąd. Wpisu do rejestru nie wymagają tzw. stowarzyszenia zwykłe. Nie nabywają one jednak w ten sposób osobowości prawnej, ani żadnych możliwości czy przywilejów, jakimi dysponuje organizacja zarejestrowana, czyli „osoba prawna”.
Statut organizacji – zgodnie z ustawą – obowiązkowo zabrania:
- „udzielania pożyczek lub zabezpieczania zobowiązań majątkiem organizacji, w stosunku do jej członków, członków organów lub pracowników oraz osób”, z którymi pracownicy (krótko mówiąc, bo w ustawie jest długo) pozostają w stosunkach rodzinnych, nawet tych dalszych,
- „przekazywania ich majątku na rzecz ich członków, członków organów lub pracowników oraz ich osób bliskich, na zasadach innych niż w stosunku do osób trzecich, w szczególności jeżeli przekazanie to następuje bezpłatnie lub na preferencyjnych warunkach",
- "wykorzystywania majątku na rzecz członków, członków organów lub pracowników oraz ich osób bliskich na zasadach innych niż w stosunku do osób trzecich chyba, że to wykorzystanie bezpośrednio wynika ze statutowego celu organizacji",
- "zakupu na szczególnych zasadach towarów lub usług od podmiotów, w których uczestniczą członkowie organizacji, członkowie jej organów lub pracownicy oraz ich osób bliskich".
Jakiegokolwiek więc zysku ani majątku przekazać swoim członkom organizacja nie może. Może działać na rzecz swoich członków, ale tylko w zakresie określonym statutem.
Najważniejszym organem organizacji jest walne zgromadzenie fundatariuszy lub walne zgromadzenie członków stowarzyszenia. To taka władza „ustawodawcza” na miarę organizacji. Władzę wykonawczą stanowi zarząd, zwykle organ kolegialny (liczący co najmniej 3 członków). Za wszelkie działania organizacji ponosi więc odpowiedzialność jej zarząd. Organizacje mają też obowiązek mieć kolegialny organ kontrolny w postaci rady nadzorczej (fundacje) lub komisji rewizyjnej (stowarzyszenia). Członkowie tego organu „nie mogą być członkami organu zarządzającego ani pozostawać z nimi w stosunku pokrewieństwa, powinowactwa lub podległości z tytułu zatrudnienia”, nie mogą być też karani „za przestępstwo z winy umyślnej”.
Wśród organizacji pozarządowych, zgodnie z ustawą o działalności pożytku publicznego i wolontariacie, niektóre uzyskują status organizacji pożytku publicznego – to te działające dla dobra społecznego i/lub pomocy społecznej. W praktyce, aby organizacja uzyskała status pożytku publicznego, musi ona być wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego, zaś uzyskuje status OPP nie z chwilą jej zarejestrowania, ale dopiero po wpisaniu do tego Rejestru informacji o spełnieniu wymagań określonych ustawą. Wymagania te obejmują statutowy wpis o działaniu „dla dobra i na rzecz”, ale także zazwyczaj wymagają co najmniej rocznej działalności w sferze pożytku publicznego.
Organizacja o takim statusie ma przywileje w postaci zwolnienia od: podatku dochodowego od osób prawnych (tzw. CIT), podatku od nieruchomości, podatku od czynności cywilnoprawnych (tzw. PCP), opłaty skarbowej, opłat sądowych, ale w odniesieniu do prowadzonej przez nią działalności pożytku publicznego. Jeśli organizacja prowadzi działalność gospodarczą, to w tej części działalności żadnych zwolnień nie ma, choć działalność ta musi być prowadzona „w rozmiarach służących realizacji celów statutowych”, zaś wszelki zysk przekazywany jest wyłącznie na działalność statutową.
Organy administracji publicznej mogą zlecać organizacjom lub wspierać zadania z zakresu pożytku publicznego. Mają też obowiązek współpracować z organizacjami „na zasadzie pomocniczości, suwerenności stron, partnerstwa, efektywności, uczciwej konkurencji i jawności”, a jednostki stanowiące samorząd terytorialny sporządzają roczny plan współpracy z organizacjami.
Teoretycznie organizacja pożytku publicznego może nabywać na szczególnych warunkach "prawo użytkowania nieruchomości będących własnością Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego". Mogą w niej wykonywać pracę osoby skierowane do odbycia służby zastępczej, zaś "jednostki publicznej radiofonii i telewizji umożliwiają organizacjom pożytku publicznego nieodpłatne informowanie o ich działalności". Organizacja może korzystać z pracy wolontariuszy.
Również teoretycznie, organizacjom pomóc ma tzw. 1%, tzn. odpis od podatku, który każdy obywatel i tak by zapłacił, ale może przeznaczyć go dla konkretnej organizacji.
Poza „jednym procentem” organizacja może finansować swoje działania z odpłatnej działalności pożytku publicznego (w praktyce - krótko tłumacząc z polskiego na nasze - po kosztach własnych i bez zysku), działalności gospodarczej, prowadzonej – jak już była mowa - w odpowiednim „rozmiarze”, a ponadto ze składek swoich członków, darowizn, spadków i dobroczynności publicznej (zbiórek pieniężnych lub rzeczowych).
Poza wymienionymi wyżej, różnica między organizacją pożytku publicznego a firmą prywatną polega na tym, że firmę kontrolować mogą: urząd skarbowy, ZUS, PIP, Straż Pożarna, NIK, ewentualnie Sanepid, a w bardziej skrajnych przypadkach prokuratura. Organizacja natomiast podlega – poza wyżej wymienionymi! – kontroli „ministra właściwego do spraw zabezpieczenia społecznego” ("z urzędu lub na wniosek organu administracji publicznej") czyli również „kierownika właściwego urzędu centralnego”, dalej: wojewody lub starosty właściwego ze względu na siedzibę organizacji, Urzędu Zamówień Publicznych, jeśli (a tak najczęściej jest) otrzymuje jakiekolwiek środki publiczne, instytucji wdrażających fundusze europejskie, jeśli takie fundusze wykorzystuje, a wtedy także komisji z ramienia Instytucji Zarządzającej owymi funduszami w Polsce i Unii Europejskiej oraz kontroli każdego obywatela, którego to zainteresuje. Organizacje poza tym są całkowicie przezroczyste, zobowiązane są publikować sprawozdania merytoryczne i finansowe, tak by każdy miał do nich dostęp. Obowiązki sprawozdawcze kosztują, ale tu już zwolnień z kosztów nie ma.
Organizacja może stracić status pożytku publicznego jeśli nie prowadzi lub zaprzestanie działalności w zakresie określonym ustawą, bądź prowadzi ją nieprawidłowo. Traci wtedy wszelkie przywileje i zwolnienia. W razie likwidacji organizacji zaś, jej mienie przekazane być musi na cele społeczne.
Do tego, czym różnią się fundacje od stowarzyszeń oraz jak się to wszystko ma do prawdziwego, codziennego życia organizacji wrócę jeszcze w następnych wpisach, bo na dzisiaj chyba już wszyscy mamy dość.
Zapraszam.
P.S. Wszelkie wpisy kursywą, to cytaty z przepisów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

