poniedziałek, 6 kwietnia 2009

NGO’s - teoria i praktyka, czyli prawo sobie, a życie sobie



       Jak pisałam w poprzednim wpisie organizacje pożytku publicznego (OPP) mogą korzystać z przywilejów nadanych im ustawą.
       Krótko przypomnę, że są to zwolnienia z niektórych podatków i opłat skarbowych/sądowych (realizowane w praktyce) i teoretycznie: nabywanie na szczególnych warunkach praw do nieruchomości Skarbu Państwa i samorządów. Ponadto organizacja może korzystać z pracy osób skierowanych do służby zastępczej i wolontariuszy.
       Może ona także prowadzić działalność gospodarczą w odpowiednim „rozmiarze ” , działalność odpłatną pożytku publicznego i korzystać z 1% odpisów podatkowych obywateli.
       Również teoretycznie zmiany w prawie dotyczącym kwestii społecznych powinny być konsultowane z OPP.

       I to wszystko teoretycznie, bowiem w praktyce konsultacje społeczne polegają na tym, że publikuje się coś w głębokich zakamarkach strony internetowej ministerstwa lub innego urzędu i daje się jakiś krótki termin na wysłanie uwag. Z reguły więc owe konsultacje nie przynoszą zmian lub przynoszą nieznaczne.

       Droga do państwowej telewizji tak wyboista jest, że rzadko komu udaje się przez nią przebrnąć, chyba, że może zapłacić milionowe koszty reklamy - od czasu do czasu udaje się „przepchnąć” jakąś krótką wzmiankę o specjalnych imprezach (post factum z resztą), więc o informacji, że podejmuje się jakieś działanie „dla dobra i na rzecz”, tak by umożliwić osobom potrzebującym pomocy udział w tych przedsięwzięciach mowy nie ma. Jak to wygląda w praktyce może każdy z nas ocenić, bo wszyscy widzimy, jak wiele takich informacji się pojawia.
       Pozostała telewizja i prasa - prywatna - zainteresowana jest zyskiem, zaś działania społeczne prowadzi przez własne fundacje, mające w efekcie szeroki dostęp do medialnej reklamy. Sprawiedliwość oddać trzeba niektórym gazetom prywatnym, że chociaż zniżki na ogłoszenia płatne dają, choć to rzadka praktyka. Małe lokalne gazety czasem coś zamieszczą, i dzięki Bogu i redaktorom choć za to, bo każda pomoc w naszej działalności jest bardzo ważna, ale zwykle są to małe notatki, bo to informacja "nie medialna" jest przecież (nikt nikogo nie zabił, nie oszukał, więc o czym tu gadać?).

       O gruntach nie ma co nawet wspominać, bo chociaż ustawa obowiązuje od 2004 r. żadna jeszcze organizacja darowizny w postaci jakiejś nieruchomości nie otrzymała, a przynajmniej nic o tym powszechnie nie jest wiadome. Służby zastępczej nie ma, bo już mamy armię zawodową. Przepis więc jest już od jakiegoś czasu martwy.

       Również teoretycznie, organizacje finansować mogą swoje działania z tzw. 1%, tzn. odpisu od podatku, który każdy obywatel i tak by zapłacił, ale może przeznaczyć go dla konkretnej organizacji. W ten sposób państwo umyło ręce od wspierania finansowego organizacji społecznych - w końcu to procent od podatku, którego nie dostanie Skarb Państwa. A że jeden? No cóż, państwo biedne jest, dziura budżetowa zieje i straszy, a fundusze europejskie są i zlecanie zadań przez samorządy. Eldorado jednym słowem.

       Wróćmy jednak ze sfery marzeń do życia. W praktyce 1% wpływa na konta tych, których stać na medialne akcje, reszta „szaraczków” może liczyć na drobne sumy osób zaprzyjaźnionych z organizacją albo innych „krewnych i znajomych królika”.

       Byłabym niesprawiedliwa i niewdzięczna wobec tych, którzy ów 1% wpłacają, gdybym powiedziała, że te pieniądze są bezużyteczne. Sama wpłacam go regularnie, choć bywa, że przy moich zarobkach to 2 albo 3 złote. Jednak 10 takich wpłat i już się uzbierało 20 lub 30 złotych - dwie paczki dla dzieci na święta są.
       Wpłaty te są więc bardzo ważne, bowiem pomagają organizacji sfinansować pojedyncze potrzeby podopiecznych, a przecież problemy społeczne powstają z takich właśnie jednostkowych potrzeb.
       Dlatego tak ważna jest świadomość całej społeczności, że ów 1% może uratować komuś życie, albo pomóc w sytuacjach, w których każdy z nas byłby bezsilny.
        A im organizacja mniejsza, tym bardziej wartościowa jest każda wpłata, bo serce naprawdę się kraje, gdy człowiek rozkłada ręce i mówi zapłakanej matce, że nie możemy pomóc jej dziecku, bo zabrakło kasy. A jak wybrać, komu ta pomoc jest bardziej potrzebna, dokonać wyboru między jednym nieszczęściem, a drugim?
       Jednak z natury rzeczy z tych wpłat przedsięwzięć społecznych nie da się sfinansować, bo trudno tu mówić o działalności systematycznej, a tym bardziej planowej, dla której w końcu organizacja powstała, starała się o osobowość prawną i status organizacji pożytku publicznego.

       Jak więc finansować swoje działanie?

       Na przykład przez odpłatną działalność pożytku publicznego. Wiele organizacji taką działalność prowadzi, jednak główna trudność polega na tym, że tylko niektóre przedsięwzięcia można w ten sposób prowadzić, bo osoby potrzebujące wsparcia nie mają z czego płacić nawet drobnych kosztów. Tak więc taką działalność prowadzą najczęściej te organizacje, które prowadzą tzw. WTZ-ty (Warsztaty Terapii Zajęciowej) lub podobne działania, w których powstaje jakiś produkt, który można sprzedać, tym którzy będą chcieli i mogli go kupić. Można też prowadzić taki rodzaj działalności szkoleniowej. Jest to jednak działalność – krótko mówiąc – „po kosztach własnych”, czyli bez jakiegokolwiek zysku, który można by przeznaczyć na inne cele i dla innych podopiecznych.

       Organizacja może prowadzić działalność gospodarczą. Określenie ustawowe mówi, iż działalność taka może być prowadzona „w rozmiarach służących realizacji celów statutowych”. Ponadto organizacja, która taką działalność chce prowadzić musi być wpisana do rejestru przedsiębiorców w KRS, za co płaci, jak każdy inny przedsiębiorca (za wyjątkiem oczywiście działalności gospodarczej osób fizycznych). Kosztuje to niemało, ale powiedzmy sobie, że jest to koszt jednorazowy i jakoś można uzbierać środki. Jednorazowy koszt jest oczywiście za jednorazowy wpis, ale gdy są jakiekolwiek zmiany (np. zarządu), koszty pokrywa się za każdym razem.
       Rozmiar kwestią subiektywną jest. Ów rozmiar ograniczony jest najczęściej możliwościami organizacji, dlatego większość organizacji, która ma wpis do rejestru przedsiębiorców działalności mimo to w rzeczywistości nie prowadzi. Poza tym, że działalność taka musi być księgowo wyraźnie wyodrębniona od działalności opp, to podatki, wpisy, opłaty wszystkie organizacja ponosi w pełni. Ktoś przy tym kierować tym wszystkim musi. Tak więc koszty rosną, ale i obowiązki też.
       Należałoby więc zatrudnić ludzi, którzy działalność tę poprowadzą od początku do końca, bo nikomu, kto prowadzi organizację nie starczy doby na połączenie działań społecznych i gospodarczych (i tak z trudem tej doby wystarcza). Nie dość więc, że ryzyko już z natury rzeczy jest niemałe, to jeszcze rośnie ono, bo przecież trudno znaleźć taką osobę, o której wiadomo, że działalność taką poprowadzi z powodzeniem, czyli fachowca - oni najczęściej wolą pracować na własny rachunek. A przy tym ryzyko ponosi zarząd, jak za wszelkie działania podejmowane przez organizację. Suma ryzyka zaczyna więc być tak duża, że nikt przy zdrowych zmysłach tego się nie podejmie.

       No i finansować można by działalność ze składek, darowizn, spadków, dobroczynności publicznej. Składki, to obciążenie, które nakładają dobrowolnie na siebie członkowie stowarzyszeń (w fundacjach tego nie ma). Jeśli stowarzyszenie zrzesza osoby o szczególnych potrzebach (np. niepełnosprawne, bezrobotne, itp.), to składki są zazwyczaj symboliczne a i tak bywają za duże. Inni też mogą płacić je w ograniczeniu, nawet przy bardzo dobrej woli.
       Darowizny zdarzają się głównie od osób prywatnych i zazwyczaj na konkretną potrzebę pojedynczej osoby (operację, wózek inwalidzki, itp.), rzadko zaś po prostu na działalność organizacji. Biznes o darowiznach nawet nie myśli, bo od każdej podarowanej złotówki (nawet w przedmiotach lub usługach) zapłacić musi VAT.
       Dobroczynność publiczna to zbiórki publiczne, do których poza pozwoleniami na taką zbiórkę udzielanymi przez administrację samorządową potrzeba armii wolontariuszy, bo zapłacić przecież za pracę w takim przedsięwzięciu się nie da.
       Tak więc nawet jeśli organizacja dofinansowuje swoje działania w takich formach, to i tu trudno mówić o działalności systematycznej.

       O dalszym meandrach tego zjazdu z góry lodowej ;) – między innymi o zlecaniu zadań przez administrację publiczną – następnym razem, bo co za dużo to nie zdrowo.

       A skąd tacy szaleńcy się biorą, którzy na tej wąskiej belce balansują? Ja tego nie wiem, patrząc po sobie myślę, że chyba stąd, skąd wszyscy inni, ale w organizacjach ogólnie obowiązuje pogląd, że "normalność" jest w końcu rzeczą względną, umysłowa też ;D. A poza tym satysfakcji czerpanej z takiej pracy nie umiemy niczym zastąpić, a to wiele wyjaśnia :)


       Pozdrawiam i zapraszam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz