niedziela, 26 kwietnia 2009
NGO i EFS – dlaczego robię to, co robię
Zapytano mnie, przy okazji jakiejś rozmowy: dlaczego to robię, skoro tak narzekam i skoro jest tak źle. Pomyślałam, że to samo pytanie można odnieść do tego, co można przeczytać na tym blogu.
Primo: nie narzekam – opisuję mało znaną działalność i rzeczywistość, by przestała się kojarzyć tylko z wolontariatem i charytatywnością (żeby już mocniej tego nie określać), a zaczęła się kojarzyć także z fachowością, koniecznością posiadania wysokich kwalifikacji i niemałej wiedzy.
Secundo: nie jest, aż tak źle, jakby się mogło po opisach wydawać, bo o ile właśnie tak wygląda rzeczywistość w życiu pozarządówki (i jest to naprawdę czubek góry lodowej), to gdybyśmy nie mieli z tego jakowejś korzyści, to faktycznie byłoby dziwne, że wszyscy w tym pracujemy.
Spróbuję zatem odpowiedzieć na pytanie: dlaczego(?), bo warto i sobie czasem o tym przypomnieć.
Po pierwsze więc i najważniejsze: jednego uśmiechu osoby, której nasza organizacja udzieli wsparcia, nie da się przeliczyć na żadne pieniądze ani rzeczy, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Moi współpracownicy również. Taki uśmiech jest dla nas naprawdę bezcenny.
Poza tym pracuję z ludźmi i dla ludzi. Nie bez powodu w końcu jestem inicjatorem i współzałożycielem naszej organizacji. Współzałożycielkami są też: moja córka i moja (młoda jeszcze bardzo, choć równie odpowiedzialna) zastępczyni. Pozostałe "korzyści" są już mniej ważne, choć i one składają się na całość, dającą się ogarnąć ;)
Jednakowoż, aby odpowiedź była pełna, idźmy dalej.
Po drugie: praca w organizacji jest dla mnie wyzwaniem i zaspokaja w pewien sposób moją ambicję. Mogłabym ją zaspokajać także w biznesie, ale to nie jest to samo. Porównanie mam, bo własną firmę prowadziłam przez lat parę, a do tego za sobą mam sporo lat doświadczenia zawodowego – choć podobno ludzie tak długo nie żyją ;)
Problematyka jest i różnorodna, i nierzadko wymaga niemałego "mózgowania", przy tym niestandardowego, rozwiązywania sytuacji i problemów niepowtarzalnych, a bywa, że nierozwiązywalnych (jak by się wydawało, i to nie tylko na pierwszy rzut oka). Znajduje tu też zastosowanie wiele moich różnych umiejętności, których w swojej firmie nie wykorzystywałam wcale, choć zatrudniałam głównie osoby z niepełnosprawnością.
Poprowadzenie firmy, to kaszka z mleczkiem w porównaniu do NGO, ba, każdy pracownik, który pracował w organizacji pozarządowej przy projektach dofinansowywanych z EFS, da sobie radę w każdej, nawet dużej firmie biznesowej (nie mówiąc o urzędach), natomiast odwrotnie - już nie. Każdy nowy pracownik musi się naprawdę dużo uczyć, a potem uczyć się niemal stale. Menedżer zaś w biznesie ma i pracy sporo mniej (bo i mniej tam jednak idiotyzmów, wynikających z zależności od urzędników), i wiedzy mu wystarczy mniej. W NGO/EFS trzeba być nie tylko takim menedżerem, jak w firmie prywatnej, ale i wiedzy specyficznej, a dodatkowej (nie tylko specjalistycznej, jak w każdej branży, ile dodatkowej, z wielu dziedzin) musi mieć dwa razy więcej. Jasne, że każdy w zasadzie menedżer musi się uczyć, świat się zmienia, przepisy też, ale jeśli spojrzeć choćby na zakres przepisów, jakie nas obowiązują, już widać dysproporcje.
Toteż i poprzeczek do przeskakiwania jest więcej (i wyżej) i satysfakcja potem większa.
Po trzecie: nie chcę brać udziału w "wyścigu szczurów", ani być „maszynką do robienia pieniędzy”. I z moimi współpracownikami lubię pójść czasem na piwo, czy na drinka, czy na co kto woli, nie obawiając się, że coś powiem żartem, a potem będę sobie musiała poradzić z „podłożoną świnią”. Nie twierdzę, że w biznesie tak jest zawsze, ale do rzadkości takie zjawisko tam nie należy, zwłaszcza w firmach, które „tłuką ciężką kasę”. A na stanowiskach, takich jak moje szczególnie. U nas raczej zarządu „w teczce się nie przynosi” (jak szefów w urzędach), nie wygryza (bo to zazwyczaj osoby o rzadkich umiejętnościach i doświadczeniu, które trudno zastąpić), a przede wszystkim dlatego, że mało kto garnie się do tak olbrzymiej odpowiedzialności i ciężkiej harówki, za stawki porównywalne z płacą recepcjonistki lub sekretarki w przeciętnej firmie.
Kłopoty mogą się zacząć dopiero, gdy organizacja prowadzi działalność gospodarczą i zarabia przyzwoite pieniądze, dzięki którym może sfinansować przyzwoite płace. I choć nadal trudno je porównać z biznesem, bo zysk jest przeznaczony na działalność statutową, to dla niektórych mogą być atrakcyjne (sytuacje "podgryzania" częściej występują w fundacjach, niż w stowarzyszeniach, bo tam zarząd jest inaczej ustanawiany). Jednak mądrzy założyciele tak potrafią ułożyć statut, by przeciw kombinacjom i kombinatorom organizację zabezpieczyć. I wtedy, jeśli następuje zmiana zarządu, to zazwyczaj dlatego, że ktoś popełnił poważny błąd lub sam zrezygnował. Tak czy inaczej, pod tym względem, spokojniej jest.
Co by też o pozarządówkach nie powiedzieć, to konkurencja jest w zasadzie tylko w zakresie pomysłów na projekty, natomiast w pozostałych kwestiach organizacje raczej pomagają sobie i wspierają wzajemnie, nierzadko przekazując sobie na bieżąco know-how. „Przekazujemy” sobie też wzajemnie klientów (jeśli my nie możemy pomóc, bo nie ma organizacji, która zajmuje się wszystkimi problemami, to nie odsyłamy człowieka, jak urzędy lub biznes, ale najczęściej uzgadniamy od razu spotkanie, najlepiej z konkretną osobą, która udzieli mu właściwej pomocy, a bywa, że pomoc już będzie dlań przygotowana).
Przy tym atmosfera pracy w organizacji wygląda zupełnie inaczej, choćby dlatego, że trzeba mieć predyspozycje osobowościowe i wyższe umiejętności społeczne, by poradzić sobie w kontaktach z ludźmi poszkodowanymi przez życie, co wpływa też na jakość kontaktów wzajemnych pracowników. Wobec wszystkich obciążeń, jakie są naszym udziałem, niepewności pracy i płacy (wszyscy pracujemy i zarabiamy okresowo, i nigdy nie wiadomo, kiedy będą następne pieniążki), stwarzanie atmosfery konkurencji albo konfliktu stałoby się nie do wytrzymania.
Poza tym nasze obowiązki możemy wypełniać tylko pracując zespołowo (nie wystarczy praca w zespole), czyli wzajemnie sobie pomagając i ucząc, bo zadania są ze sobą – często ściśle – powiązane wzajemnymi zależnościami. Z jednej strony trudno dokładnie wyodrębnić, gdzie zaczynają się i gdzie kończą obowiązki jednej osoby. Z drugiej – przekrojowych zadań, nowości i różnych, nie zawsze pożądanych, niespodzianek jest tak dużo, że zespół tworzyć musi system naczyń połączonych, a nie tylko grupę, współpracującą ze sobą na określonych zasadach. Nie ma więc u nas w zasadzie określonych stanowisk pracy (mimo przydzielonych im nazw), choć jest specjalizacja, bo nie sposób ogarnąć skutecznie wszystkich dziedzin. Każdy jednak powinien umieć zastąpić innych, bo trudno sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś się rozchoruje lub z innego powodu nie ma go w pracy i od razu projekt utyka w jakiejś części – każda część jest niezbędna do realizacji projektu.
No i zespół zróżnicowany jest wiekowo, co i horyzonty poszerza, i okazje do młodego śmiechu, ale też poważniejszych dyskusji daje.
Nie bez znaczenia jest i to, że problemy finansowe skutkują ograniczeniem zatrudnienia. Ogranicza je znacznie także charakterystyka projektów, a głównie zasady przyznawania dofinansowania, ciągle bowiem najważniejsze jest to, by projekt był najtańszy, a nie najbardziej efektywny i skuteczny (urzędnikom łatwiej policzyć osoby, które skończyły szkolenie, niż zbadać ile i w jakim stopniu się nauczyły).
A jednak, jak by nie patrzył, satysfakcję z tej pracy mam potężną, co nie znaczy, że czasem nie mam dość wszystkiego. Zwłaszcza, że wsparcie ludzi potrzebujących pomocy to odpowiedzialna i stresująca praca, projekty wymagają pracy w nienormowanym czasie (rzadko wracam do domu o przyzwoitej porze), a na co dzień zderzamy się ze ścianą w postaci kompletnej ignorancji urzędników (co przysparza nam mnóstwo pracy, której nie musielibyśmy robić, gdyby tylko ktoś pomyślał). Przeszkód, wynikających z braku kompetencji, o które obijamy się stale w naszej pracy, jest czasem tak wiele, że zaczynają one przesłaniać cel, któremu służy nasza organizacja.
Na to nakłada się odpowiedzialność finansowa i bardzo wysokie ryzyko niepowodzenia przy realizacji projektów. Prowadzimy je, bo inaczej niewiele moglibyśmy zrobić, a przecież po to jest organizacja. I bierzemy na siebie odpowiedzialność zarówno finansową, jak i społeczną, bo jest to, po prostu, jedna z konsekwencji podjętych zadań.
To prawda, że niezwykle rzadko zdarza się tak, żeby zadania projektu zostały „rozłożone na łopatki” tak dokładnie, aby organizacja musiała zwracać wszystkie otrzymane fundusze, bo naprawdę trzeba się wysilić, by aż do tego doszło. Bylibyśmy jednak głupcami, gdybyśmy takiej możliwości pod uwagę nie brali, bo skoro podpisuje się weksel in blanco i z deklaracją wekslową, i to nie na konkretną kwotę, ale dowolną, jaką urząd sobie wpisze, gdy uzna to za właściwe, to zawsze istnieje ryzyko, że całą kwotę dofinansowania wraz z odsetkami karnymi (jak dla zaległości podatkowych, co najmniej) trzeba będzie oddać. Przy tym nawet konieczność zwrotu kilkudziesięciu tysięcy złotych przy naszych dochodach może być niemal samobójstwem, a znam organizacje, które musiały zwrócić sporo więcej.
Stresów więc nam nie brakuje, bo i beneficjenci projektów też różni bywają, jak to w pracy z ludźmi, a do tego z ludźmi o szczególnych potrzebach.
Na szczęście wspierają nas w tym działaniu ludzie, którzy pomagają wolontarystycznie, nierzadko robiąc rzeczy drobne, ale takie, na które nam, żywcem nie wystarcza już czasu, a bez czego nie można mówić o dobrze spełnionym obowiązku. Nie zawsze jest to praca interesująca, albo przynosząca dziką satysfakcję, ale robią to, bo uważają, że tak trzeba. I trudno sobie wyobrazić, żeby ich nie było, bo to także dzięki nim zbieramy siły i walczymy, nawet, gdy wydaje się, że sprawa jest nie do załatwienia.
I na szczęście są wpłaty, które otrzymujemy od osób prywatnych, a czasem (choć naprawdę bardzo rzadko) od firm, bo świadczą one o tym, że są ludzie, którzy rozumieją wagę działania organizacji pomocowych dla wszystkich, a nie tylko dla potrzebujących, którzy na nas liczą, dla których nasza praca ma znaczenie i którzy ją doceniają, na miarę swoich możliwości. Najbardziej wzruszające są wpłaty kilku złotych, jak ów biblijny „wdowi grosz”, bo wiadomo, że ktoś kto je wpłacił dochody ma niewielkie, a mimo to pamiętał, by podzielić się nimi z innymi ludźmi.
No i na szczęście wszystkie problemy bledną, gdy na naszym chmurnym niebie pojawia się tęcza uśmiechu kogoś, kto (dzięki wsparciu ludzi dobrej woli, bo sami niczego byśmy nie zdziałali) „stanął na nogi”.
Oto dlaczego, mimo wszystko, robię to, co robię (choć to może i trudne jest, i "nie modne").
Etykiety:
działalność społeczna,
finanse,
ngo's,
organizacja pozarządowa,
wolontariat
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz