Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 26 kwietnia 2009
NGO i EFS – dlaczego robię to, co robię
Zapytano mnie, przy okazji jakiejś rozmowy: dlaczego to robię, skoro tak narzekam i skoro jest tak źle. Pomyślałam, że to samo pytanie można odnieść do tego, co można przeczytać na tym blogu.
Primo: nie narzekam – opisuję mało znaną działalność i rzeczywistość, by przestała się kojarzyć tylko z wolontariatem i charytatywnością (żeby już mocniej tego nie określać), a zaczęła się kojarzyć także z fachowością, koniecznością posiadania wysokich kwalifikacji i niemałej wiedzy.
Secundo: nie jest, aż tak źle, jakby się mogło po opisach wydawać, bo o ile właśnie tak wygląda rzeczywistość w życiu pozarządówki (i jest to naprawdę czubek góry lodowej), to gdybyśmy nie mieli z tego jakowejś korzyści, to faktycznie byłoby dziwne, że wszyscy w tym pracujemy.
Spróbuję zatem odpowiedzieć na pytanie: dlaczego(?), bo warto i sobie czasem o tym przypomnieć.
Po pierwsze więc i najważniejsze: jednego uśmiechu osoby, której nasza organizacja udzieli wsparcia, nie da się przeliczyć na żadne pieniądze ani rzeczy, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Moi współpracownicy również. Taki uśmiech jest dla nas naprawdę bezcenny.
Poza tym pracuję z ludźmi i dla ludzi. Nie bez powodu w końcu jestem inicjatorem i współzałożycielem naszej organizacji. Współzałożycielkami są też: moja córka i moja (młoda jeszcze bardzo, choć równie odpowiedzialna) zastępczyni. Pozostałe "korzyści" są już mniej ważne, choć i one składają się na całość, dającą się ogarnąć ;)
Jednakowoż, aby odpowiedź była pełna, idźmy dalej.
Po drugie: praca w organizacji jest dla mnie wyzwaniem i zaspokaja w pewien sposób moją ambicję. Mogłabym ją zaspokajać także w biznesie, ale to nie jest to samo. Porównanie mam, bo własną firmę prowadziłam przez lat parę, a do tego za sobą mam sporo lat doświadczenia zawodowego – choć podobno ludzie tak długo nie żyją ;)
Problematyka jest i różnorodna, i nierzadko wymaga niemałego "mózgowania", przy tym niestandardowego, rozwiązywania sytuacji i problemów niepowtarzalnych, a bywa, że nierozwiązywalnych (jak by się wydawało, i to nie tylko na pierwszy rzut oka). Znajduje tu też zastosowanie wiele moich różnych umiejętności, których w swojej firmie nie wykorzystywałam wcale, choć zatrudniałam głównie osoby z niepełnosprawnością.
Poprowadzenie firmy, to kaszka z mleczkiem w porównaniu do NGO, ba, każdy pracownik, który pracował w organizacji pozarządowej przy projektach dofinansowywanych z EFS, da sobie radę w każdej, nawet dużej firmie biznesowej (nie mówiąc o urzędach), natomiast odwrotnie - już nie. Każdy nowy pracownik musi się naprawdę dużo uczyć, a potem uczyć się niemal stale. Menedżer zaś w biznesie ma i pracy sporo mniej (bo i mniej tam jednak idiotyzmów, wynikających z zależności od urzędników), i wiedzy mu wystarczy mniej. W NGO/EFS trzeba być nie tylko takim menedżerem, jak w firmie prywatnej, ale i wiedzy specyficznej, a dodatkowej (nie tylko specjalistycznej, jak w każdej branży, ile dodatkowej, z wielu dziedzin) musi mieć dwa razy więcej. Jasne, że każdy w zasadzie menedżer musi się uczyć, świat się zmienia, przepisy też, ale jeśli spojrzeć choćby na zakres przepisów, jakie nas obowiązują, już widać dysproporcje.
Toteż i poprzeczek do przeskakiwania jest więcej (i wyżej) i satysfakcja potem większa.
Po trzecie: nie chcę brać udziału w "wyścigu szczurów", ani być „maszynką do robienia pieniędzy”. I z moimi współpracownikami lubię pójść czasem na piwo, czy na drinka, czy na co kto woli, nie obawiając się, że coś powiem żartem, a potem będę sobie musiała poradzić z „podłożoną świnią”. Nie twierdzę, że w biznesie tak jest zawsze, ale do rzadkości takie zjawisko tam nie należy, zwłaszcza w firmach, które „tłuką ciężką kasę”. A na stanowiskach, takich jak moje szczególnie. U nas raczej zarządu „w teczce się nie przynosi” (jak szefów w urzędach), nie wygryza (bo to zazwyczaj osoby o rzadkich umiejętnościach i doświadczeniu, które trudno zastąpić), a przede wszystkim dlatego, że mało kto garnie się do tak olbrzymiej odpowiedzialności i ciężkiej harówki, za stawki porównywalne z płacą recepcjonistki lub sekretarki w przeciętnej firmie.
Kłopoty mogą się zacząć dopiero, gdy organizacja prowadzi działalność gospodarczą i zarabia przyzwoite pieniądze, dzięki którym może sfinansować przyzwoite płace. I choć nadal trudno je porównać z biznesem, bo zysk jest przeznaczony na działalność statutową, to dla niektórych mogą być atrakcyjne (sytuacje "podgryzania" częściej występują w fundacjach, niż w stowarzyszeniach, bo tam zarząd jest inaczej ustanawiany). Jednak mądrzy założyciele tak potrafią ułożyć statut, by przeciw kombinacjom i kombinatorom organizację zabezpieczyć. I wtedy, jeśli następuje zmiana zarządu, to zazwyczaj dlatego, że ktoś popełnił poważny błąd lub sam zrezygnował. Tak czy inaczej, pod tym względem, spokojniej jest.
Co by też o pozarządówkach nie powiedzieć, to konkurencja jest w zasadzie tylko w zakresie pomysłów na projekty, natomiast w pozostałych kwestiach organizacje raczej pomagają sobie i wspierają wzajemnie, nierzadko przekazując sobie na bieżąco know-how. „Przekazujemy” sobie też wzajemnie klientów (jeśli my nie możemy pomóc, bo nie ma organizacji, która zajmuje się wszystkimi problemami, to nie odsyłamy człowieka, jak urzędy lub biznes, ale najczęściej uzgadniamy od razu spotkanie, najlepiej z konkretną osobą, która udzieli mu właściwej pomocy, a bywa, że pomoc już będzie dlań przygotowana).
Przy tym atmosfera pracy w organizacji wygląda zupełnie inaczej, choćby dlatego, że trzeba mieć predyspozycje osobowościowe i wyższe umiejętności społeczne, by poradzić sobie w kontaktach z ludźmi poszkodowanymi przez życie, co wpływa też na jakość kontaktów wzajemnych pracowników. Wobec wszystkich obciążeń, jakie są naszym udziałem, niepewności pracy i płacy (wszyscy pracujemy i zarabiamy okresowo, i nigdy nie wiadomo, kiedy będą następne pieniążki), stwarzanie atmosfery konkurencji albo konfliktu stałoby się nie do wytrzymania.
Poza tym nasze obowiązki możemy wypełniać tylko pracując zespołowo (nie wystarczy praca w zespole), czyli wzajemnie sobie pomagając i ucząc, bo zadania są ze sobą – często ściśle – powiązane wzajemnymi zależnościami. Z jednej strony trudno dokładnie wyodrębnić, gdzie zaczynają się i gdzie kończą obowiązki jednej osoby. Z drugiej – przekrojowych zadań, nowości i różnych, nie zawsze pożądanych, niespodzianek jest tak dużo, że zespół tworzyć musi system naczyń połączonych, a nie tylko grupę, współpracującą ze sobą na określonych zasadach. Nie ma więc u nas w zasadzie określonych stanowisk pracy (mimo przydzielonych im nazw), choć jest specjalizacja, bo nie sposób ogarnąć skutecznie wszystkich dziedzin. Każdy jednak powinien umieć zastąpić innych, bo trudno sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś się rozchoruje lub z innego powodu nie ma go w pracy i od razu projekt utyka w jakiejś części – każda część jest niezbędna do realizacji projektu.
No i zespół zróżnicowany jest wiekowo, co i horyzonty poszerza, i okazje do młodego śmiechu, ale też poważniejszych dyskusji daje.
Nie bez znaczenia jest i to, że problemy finansowe skutkują ograniczeniem zatrudnienia. Ogranicza je znacznie także charakterystyka projektów, a głównie zasady przyznawania dofinansowania, ciągle bowiem najważniejsze jest to, by projekt był najtańszy, a nie najbardziej efektywny i skuteczny (urzędnikom łatwiej policzyć osoby, które skończyły szkolenie, niż zbadać ile i w jakim stopniu się nauczyły).
A jednak, jak by nie patrzył, satysfakcję z tej pracy mam potężną, co nie znaczy, że czasem nie mam dość wszystkiego. Zwłaszcza, że wsparcie ludzi potrzebujących pomocy to odpowiedzialna i stresująca praca, projekty wymagają pracy w nienormowanym czasie (rzadko wracam do domu o przyzwoitej porze), a na co dzień zderzamy się ze ścianą w postaci kompletnej ignorancji urzędników (co przysparza nam mnóstwo pracy, której nie musielibyśmy robić, gdyby tylko ktoś pomyślał). Przeszkód, wynikających z braku kompetencji, o które obijamy się stale w naszej pracy, jest czasem tak wiele, że zaczynają one przesłaniać cel, któremu służy nasza organizacja.
Na to nakłada się odpowiedzialność finansowa i bardzo wysokie ryzyko niepowodzenia przy realizacji projektów. Prowadzimy je, bo inaczej niewiele moglibyśmy zrobić, a przecież po to jest organizacja. I bierzemy na siebie odpowiedzialność zarówno finansową, jak i społeczną, bo jest to, po prostu, jedna z konsekwencji podjętych zadań.
To prawda, że niezwykle rzadko zdarza się tak, żeby zadania projektu zostały „rozłożone na łopatki” tak dokładnie, aby organizacja musiała zwracać wszystkie otrzymane fundusze, bo naprawdę trzeba się wysilić, by aż do tego doszło. Bylibyśmy jednak głupcami, gdybyśmy takiej możliwości pod uwagę nie brali, bo skoro podpisuje się weksel in blanco i z deklaracją wekslową, i to nie na konkretną kwotę, ale dowolną, jaką urząd sobie wpisze, gdy uzna to za właściwe, to zawsze istnieje ryzyko, że całą kwotę dofinansowania wraz z odsetkami karnymi (jak dla zaległości podatkowych, co najmniej) trzeba będzie oddać. Przy tym nawet konieczność zwrotu kilkudziesięciu tysięcy złotych przy naszych dochodach może być niemal samobójstwem, a znam organizacje, które musiały zwrócić sporo więcej.
Stresów więc nam nie brakuje, bo i beneficjenci projektów też różni bywają, jak to w pracy z ludźmi, a do tego z ludźmi o szczególnych potrzebach.
Na szczęście wspierają nas w tym działaniu ludzie, którzy pomagają wolontarystycznie, nierzadko robiąc rzeczy drobne, ale takie, na które nam, żywcem nie wystarcza już czasu, a bez czego nie można mówić o dobrze spełnionym obowiązku. Nie zawsze jest to praca interesująca, albo przynosząca dziką satysfakcję, ale robią to, bo uważają, że tak trzeba. I trudno sobie wyobrazić, żeby ich nie było, bo to także dzięki nim zbieramy siły i walczymy, nawet, gdy wydaje się, że sprawa jest nie do załatwienia.
I na szczęście są wpłaty, które otrzymujemy od osób prywatnych, a czasem (choć naprawdę bardzo rzadko) od firm, bo świadczą one o tym, że są ludzie, którzy rozumieją wagę działania organizacji pomocowych dla wszystkich, a nie tylko dla potrzebujących, którzy na nas liczą, dla których nasza praca ma znaczenie i którzy ją doceniają, na miarę swoich możliwości. Najbardziej wzruszające są wpłaty kilku złotych, jak ów biblijny „wdowi grosz”, bo wiadomo, że ktoś kto je wpłacił dochody ma niewielkie, a mimo to pamiętał, by podzielić się nimi z innymi ludźmi.
No i na szczęście wszystkie problemy bledną, gdy na naszym chmurnym niebie pojawia się tęcza uśmiechu kogoś, kto (dzięki wsparciu ludzi dobrej woli, bo sami niczego byśmy nie zdziałali) „stanął na nogi”.
Oto dlaczego, mimo wszystko, robię to, co robię (choć to może i trudne jest, i "nie modne").
Etykiety:
działalność społeczna,
finanse,
ngo's,
organizacja pozarządowa,
wolontariat
sobota, 25 kwietnia 2009
EFS – sposób na działanie w NGO’s – część I
W poprzednich wpisach była mowa o sposobach na sfinansowanie działań organizacji pozarządowych. Zachęcam do ich lektury, bo bez tego trudno może być zrozumieć problemy związane z dofinansowaniem działalności NGO’s z Funduszy Europejskich. Tak czy inaczej, pozyskiwanie funduszy z tego źródła może być sposobem na sfinansowanie działań socjalnych, jeśli naprawdę chce się to zrobić, czyli jeśli jest się zdeterminowanym i nastawionym na zrobienie czegoś sensownego, bo to, co sensowne zazwyczaj kosztuje, a w tym przypadku całkiem niemało jest „kosztów” i „atrakcji” dodatkowych. Zacznijmy jednak ab ovo.
Problematyka wdrażania samych projektów dofinansowywanych w ten sposób, to temat rzeka, dziś więc zajmę się zasadami, i tylko częściowo praktyką wynikającą z tych zasad. Mówić też będę o obecnych zasadach, bo historii już nie zmienimy i nie ma co się na nią oglądać, choć władze naprawdę powinny wrócić do tzw. „dobrych praktyk” i uwzględnić doświadczenia wypracowane już przez lata wdrażania Funduszy w Polsce, zamiast wyważać – nierzadko łomem – otwarte już wcześniej drzwi.
Po pierwsze więc fundusze europejskie mają pomagać w sferach, które Unia Europejska – to znaczy ludzie, których „wysyłają” do Brukseli obywatele państw członkowskich – uznała za priorytetowe i wymagające wsparcia. Istnieje więc kilka Europejskich Funduszy Strukturalnych, m.in.:
• Europejski Fundusz Społeczny,
• Europejski Fundusz Orientacji i Gwarancji Rolnej,
• Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego,
• Finansowy Instrument Orientacji Rybołówstwa.
(więcej informacji: http://www.funduszeeuropejskie.gov.pl/Strony/glowna.aspx)
Realizuje się ponadto tzw. Inicjatywy Wspólnotowe, czyli programy pomocy bezzwrotnej dla określonych środowisk i grup społecznych, jak: Equal (przeciw dyskryminacji), Interreg III (współpraca transgraniczna), Urban (dla miast powyżej 100 tys. mieszkańców), Leader+ (rozwój terenów wiejskich).
W ramach Funduszy, w poszczególnych okresach programowania (obecnie 2007-2013), realizowane są Sektorowe Programy Operacyjne, np. PO KL – Program Operacyjny Kapitał Ludzki, czy ZPORR – Zintegrowany Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego itp. Skupię się głównie na Funduszach Społecznych i PO KL, bowiem ten odcinek – z racji ukierunkowania naszej organizacji – znam najlepiej i niejeden bój już przez lata stoczyłam (np. w ramach SPO RZL – Sektorowego Programu Operacyjnego Rozwój Zasobów Ludzkich, poprzednika PO KL w latach 2004-2006). W ramach samych programów operacyjnych funkcjonują tzw. Priorytety (w PO KL jest ich 10). Każdy z nich skierowany jest na inną dziedzinę. W PO KL Priorytety dzieli się z kolei na dwie grupy. Pierwsza grupa to priorytety tzw. centralne (I. Zatrudnienie i integracja społeczna, II. Rozwój zasobów ludzkich i potencjału adaptacyjnego przedsiębiorstw oraz poprawa stanu zdrowia osób pracujących, III. Wysoka jakość systemu oświaty, IV. Szkolnictwo wyższe i nauka, V. Dobre rządzenie) – tu składane są projekty ogólnopolskie. Druga grupa to priorytety regionalne (VI. Rynek pracy otwarty dla wszystkich, VII. Promocja integracji społecznej, VIII. Regionalne kadry gospodarki, IX. Rozwój wykształcenia i kompetencji w regionach), gdzie zaspokajane mają być potrzeby w poszczególnych regionach, czyli (w Polsce) w województwach. Priorytet X to Pomoc Techniczna, stanowiąca nieco odrębne od pozostałych zagadnienie.
Tak więc organizacja, która chce zrealizować zadania zgodne z problematyką ujętą w Programach może pokusić się o fundusze na swoje przedsięwzięcia. Prześledźmy więc, jak to się odbywa.
Wdrażanie funduszy odbywa się na zasadzie konkursów, w których Instytucjami Zarządzającymi (IZ) są najczęściej właściwe dla danego funduszu ministerstwa lub inne instytucje państwowe, w których z kolei najczęściej powoływane są specjalne departamenty np. w przypadku PO KL jest to Departament Zarządzania Europejskim Funduszem Społecznym w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Samymi funduszami (pieniędzmi) zarządza Ministerstwo Finansów.
Potem są Instytucje Pośredniczące, którą jest np. Departament Strategii i Rozwoju Regionalnego w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Mazowieckiego.
Następne w „kolejności dziobania” są Instytucje Wdrażające (IW, obecnie nazywane też Instytucjami Pośredniczącymi II stopnia), czyli przykładowo: Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych (IW dla Mazowsza), Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (nazwa sama się tłumaczy), czy Fundacja „Fundusz Współpracy” (niejako „agenda” MPiPS) i wiele innych.
Instytucje te są organizatorami wspomnianych już wyżej konkursów, które powinny być ogłaszane według poczynionych przez te instytucje planów, uzgodnionych z IZ. W praktyce plany te ciągle są zmieniane, na tyle często, że trudno jest czasem za tym nadążyć, zwłaszcza, że w najszybszym i niestety jedynym nośniku informacji na ten temat czyli w Internecie, bałagan na stronach IW, IP i IZ osiąga chwilami szczyty.
Warunki konkursu określa IW, zgodnie z przepisami, wytycznymi i uzgodnieniami z Unią, polskim prawem – głównie ustawą o zasadach prowadzenia polityki rozwoju, Narodową Strategią Rozwoju, Narodowymi Strategicznymi Ramami Odniesienia i uzgodnieniami z IZ.
W odpowiedzi na ogłoszony konkurs organizacje pozarządowe, instytucje rynku pracy, firmy prywatne, samorządy – wszyscy poza pojedynczymi obywatelami – mogą składać wnioski o dofinansowanie projektów (uprawnionych określają warunki konkursu).
Od ogłoszenia konkursu do jego zamknięcia jest najczęściej bardzo mało czasu, co powoduje, że nad wnioskami zwykle pracuje się „w biegu”, bo nie sposób wcześniej przewidzieć wszystkich wytycznych, które będą dotyczyły danego konkursu.
Wnioski o dofinansowanie są oceniane przez Komisje Oceny Projektów powoływane w IW. W trakcie oceny przyznawana jest punktacja, według której z kolei tworzy się listy rankingowe, gdzie projekty, które uzyskały największą liczbę punktów znajdują się oczywiście na szczycie, zaś im mniej punktów, tym niższe miejsce.
Wniosek o dofinansowanie wypełniany jest w tzw. Generatorze Wniosków Aplikacyjnych (GWA), aplikacji elektronicznej (która żyje „własnym życiem”), a która teoretycznie ma m.in. sprawdzać, czy wniosek nie zawiera błędów. W praktyce sprawdza ona tylko, czy dokonano wszystkich wpisów, jeśli natomiast sam wpis jest błędny (np. jakaś niezgodność między zasadniczymi częściami budżetu), to tego nie sygnalizuje. Zawiera ponadto sporo pułapek, które sprawdza się metodą prób i błędów, czyli najmniej efektywną, spośród metod uczenia się, przy czym może to kosztować organizację odrzucenie wniosku.
GWA nadaje też wnioskowi unikalny numer tzw. „sumę kontrolną”, która zmienia się przy każdej najmniejszej zmianie we wniosku – wystarczy więc wstawić gdziekolwiek spację (nawet niechcący przy sprawdzaniu wniosku), żeby zmieniła się „suma kontrolna” (co może być później przyczyną odrzucenia wniosku).
Wniosek składa się w wersji papierowej i elektronicznej w zamkniętej oraz oznakowanej według bardzo ścisłych wytycznych kopercie (trzeba uważać dosłownie na każdą kropkę!).
Złożony wniosek przechodzi w pierwszej kolejności tzw. kwalifikację formalną, czyli sprawdza się: czy projektodawca jest uprawniony do złożenia wniosku, czy koperta, wniosek, segregator (tak, tego się też wymaga) płyta (lub dyskietka, ale ta jest ryzykowna, bo lubi się „nie otwierać”) zostały „odpowiednio” oznakowane, czy wniosek został napisany w języku polskim (i nie o jakość tu chodzi) i przy pomocy odpowiednich narzędzi (GWA), czy można odczytać wniosek w wersji elektronicznej, czy wersja papierowa zgadza się z wersją elektroniczną („suma kontrolna”), czy kopia (też się składa w wersji papierowej) jest tożsama z oryginałem, czy złożono wszystkie konieczne podpisy i pieczęcie (w najmniej spodziewanych miejscach), czy załączono wszystkie wymagane dokumenty. Formalności te są tak daleko posunięte, że bardzo wiele wniosków jest odrzucanych na tym etapie. Od „teraz” wprowadzona ma być zasada, że będzie można usunąć niektóre błędy formalne, ale nie jest do końca jasne, które błędy (nie zawsze są one błędami w normalnym rozumieniu) i jak to się odbije na procedurze aplikowania o środki.
Jeśli wniosek przebrnie przez procedurę formalną przechodzi do oceny merytorycznej. Oceny tej dokonują członkowie KOP (por. wyżej) tzw. asesorzy, wybierani losowo spośród osób wcześniej zakwalifikowanych w ramach rekrutacji. Każdy wniosek oceniany jest przez dwie osoby, a w razie znacznych rozbieżności w ocenie powoływany jest tzw. ekspert. Asesorzy „pochodzą” z różnych części danego regionu, może się więc zdarzyć, i zdarza się często, że wniosek pisany w Warszawie i dla Warszawy oceniany jest przez asesora z Pcimia Dolnego (nikogo nie obrażając!!!), który o warunkach panujących w Warszawie, a już tym bardziej o kosztach i cenach najbledszego pojęcia nie ma, i czy chce, czy nie chce, oceny dokonuje na podstawie własnego doświadczenia, trudno się więc dziwić, że warszawskie ceny wydają mu się zawyżone, a zorientowanie się w nich wcale nie jest takie łatwe. Z resztą może się zdarzyć sytuacja odwrotna, też niezbyt korzystna dla wnioskodawców, ale o tyle lżejsza, że każdemu asesorowi z Warszawy przyzwyczajonemu do „naszych” cen stawki co najwyżej mogą wydawać się zaniżone, co bywa przyczyną problemów z realizacją projektów (a więc i wątpliwości na etapie oceny), ale w ocenie gra mniejszą rolę, bo nie ma tu – poważnego w końcu – zarzutu „niegospodarności” w finansach publicznych. Do asesorów jeszcze wrócę, bo to ciekawostka przyrodnicza jest od samego początku. Teraz wróćmy do procedur.
Do finansowania kwalifikowane są projekty w kolejności od najwyżej punktowanego do tego, na który wystarczy zaplanowanych środków (informacja o wysokości przeznaczonych – zwykle niezbyt dużych, przynajmniej na razie – środków zamieszczana jest w ogłoszeniu konkursowym). Maksymalna liczba punktów jakie można obecne uzyskać wynosi 100 lub 120 (w partnerstwie ponadnarodowym lub przy tzw. innowacyjności), zaś dyskwalifikuje się projekty, które uzyskały poniżej 60 punktów lub w zakresie punktacji dotyczącej finansowania przedsięwzięcia uzyskały poniżej 50% maksymalnej punktacji. Tak więc wniosek może uzyskać 95 punktów i finansowania nie otrzymać, jeśli „przed nim” uplasowały się projekty, które otrzymały powyżej 95 pkt. i na ów 95-punktowy nie wystarczy pieniążków.
O tym co i jak trzeba zrobić, żeby napisać i złożyć projekt – następnym razem.
Pozdrawiam miłe Czytelniczki i Czytelników.
Do zobaczenia przy rozgryzaniu "zagadek" tego świata :D
Etykiety:
EFS,
finanse,
fundusze,
ngo's,
organizacja pozarządowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)

