Pokazywanie postów oznaczonych etykietą renta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą renta. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 marca 2010
Wyuczona bezradność i biorczość
Dziś kontynuuję tematy związane z pomaganiem.
Mechanizm powstawania wyuczonej bezradności najlepiej opisuje eksperyment przeprowadzony w 1967 r. przez Seligmana i Maiera. Zostawmy na boku własne zdanie o eksperymentach na zwierzętach i jednak mu się przyjrzyjmy.
Otóż badacze umieścili psy w klatkach z metalową siatką, przez którą przepuszczano prąd, z tym że w pierwszej klatce psy mogły stosunkowo łatwo uciec przeskakując przez barierkę, w drugiej zaś zwierzęta nie miały takiej możliwości. Z początku w obu klatkach psy reagowały podobnie: biegały, szukały wyjścia. Z czasem jednak psy, które miały możliwość ucieczki nauczyły się szybko uciekać, zaś te, które uciec nie mogły kładły się na podłodze i przestawały reagować na bodźce. Następnie również psom, które wcześniej nie miały wyjścia stworzono drogę ucieczki, ale te nawet nie próbowały jej szukać, a przy tym przestawały jeść, wpadały w apatię, w końcu zapadały na różne choroby. Nawet jeśli psy przeciągnięto przez przeszkodę, by pokazać, że druga część jest bezpieczna, psy nie powtarzały tego zachowania samodzielnie.
W pierwszej części „Pomagać, jak to łatwo powiedzieć” pisałam o poczuciu sprawstwa i poczuciu kontroli. Zastanówmy się w tym kontekście co się takiego stało w eksperymencie. Otóż psy w drugiej klatce straciły kontrolę nad sytuacją, ich poczucie, że mogą coś zrobić zostało zredukowane do zera. Powstały deficyty poznawcze – psy przestały rozróżniać co się w danej chwili dzieje i nie potrafiły przewidzieć dalszego jej biegu. W takiej sytuacji uczenie się jest dużo dłuższe, nawet proste zależności „akcja-reakcja” są mało dostępne poznaniu. Ponadto straciły motywację (deficyt motywacji) by cokolwiek jeszcze zrobić, by w ogóle szukać wyjścia – po co, skoro jest to skazane na niepowodzenie. Nastąpiła też swego rodzaju blokada emocjonalna (deficyty emocjonalne) czyli apatia, lęk, zmęczenie, wrogość, utrata nadziei. Psy te również nie bawiły się między sobą, przestały reagować na inne zwierzęta. Powstały więc też swego rodzaju „deficyty »społeczne«” – psy przestały kontaktować się w grupie.
Jak działa brak nadziei ilustruje inny eksperyment. Szczur wrzucony do śliskiej kadzi z wodą, po kilkunastu minutach pływania w kółko, tonie. Jeśli w tym momencie podsunie mu się kij, tak że może się po nim wdrapać i wydostać z kadzi, to przy ponownym wrzuceniu pływa nawet kilkadziesiąt godzin. Badacze odkryli, że za tonięcie zwierzęcia w pierwszej próbie odpowiedzialny jest nie stres (np. zawał serca), ale właśnie rezygnacja i apatia.
Okazało się, że ludzie zachowują się podobnie jak zwierzęta. Jeśli negatywne doświadczenia powtarzają się, a człowiek nie może znaleźć rozwiązania trudnych sytuacji, wszystkie próby zawodzą, to z czasem przestaje szukać rozwiązań, a stan apatii stopniowo pogłębia się przez wytworzone deficyty. Człowiek po prostu „poddaje się”. Często doprowadza to nawet do bardzo głębokiej depresji. Tylko ok. 30% osób potrafi obronić się przed skutkami niekorzystnych zjawisk. Zazwyczaj są to osoby, które posiadają głęboko zakorzenione przekonanie, że mimo wszystko mogą kontrolować sytuację, czyli osoby o silnym poczuciu kontroli wewnętrznej. Osoby te wcześniej doświadczyły częstych sytuacji, w których mogły kontrolować to co się dzieje, nauczyły się – najprawdopodobniej źródłem jest dzieciństwo – że mogą sobie poradzić, jeśli dostatecznie długo będą próbować. Powstawaniu takich doświadczeń sprzyja przyzwolenie na samodzielność, dawanie możliwości decydowania i wybierania przy jednoczesnym chwaleniu i okazywaniu miłości.
Trzeba tu jednak wspomnieć, iż niektórzy psychologowie twierdzą, że umiejscowienie poczucia kontroli może się zmieniać w zależności od sytuacji. Jeśli bowiem badani otrzymują do rozwiązania dwa zadania, z których jedno jest łatwe a drugie trudne, to oba zadania są częściej rozwiązywane gdy prezentuje się najpierw łatwe zadanie, potem trudne. Jeśli kolejność jest odwrotna (najpierw trudne, potem łatwe), to oba zadania są rzadziej rozwiązywane.
Nie ulega wątpliwości, że nawet osoby o silnym przekonaniu dotyczącym własnych możliwości w końcu mogą ulec. W dodatku wyuczona bezradność jest „zaraźliwa”. W tzw. „grupach odniesienia” poszczególni jej członkowie, ich cechy, wartości prezentowane przez grupę bądź też wzory zachowań mają znaczny wpływ na zachowania jednostki. Dostosowuje się ona do „obowiązujących” w swoim otoczeniu wzorców, robiąc to mimo woli w (niekoniecznie świadomej) obawie przed ostracyzmem społecznym (odrzuceniem, wyrzuceniem ze społeczności). Człowiek zaś, jako istota społeczna potrzebuje innych ludzi w celu zaspokojenia licznych, ważnych potrzeb.
Widać z tego, jak istotna jest rola otoczenia. Oczywiście, że wyuczoną bezradność można „przekazać” w rodzinie – dzieci uczą się postaw biernych od rodziców i/lub rodzeństwa. Jednak również środowisko rówieśnicze, bądź wspólnota zainteresowań, czy „wspólnota losów” mają znaczny wpływ na zachowania ludzi. W ten sposób mogą powstawać swego rodzaju „getta” – siedliska biedy, przestępczości, itp., z których trudno się wyzwolić. W ten sposób też skłonność do otaczania się „podobnymi do siebie” może być czynnikiem hamującym. Przykładowo – osoby z niepełnosprawnościami zwykle chętniej przebywają wśród osób z niepełnosprawnościami, ponieważ czują się lepiej rozumiane, mają podobne doświadczenia, łatwiej im o wzajemnie porozumienie. Jeśli większość takiej grupy będzie prezentowała postawy bezradności, to nawet jednostki bardziej aktywne z czasem mogą temu ulec.
Terapia wyuczonej bezradności opiera się na modyfikacji „stylów poznawczych” i nauki samoobrony. Bardzo istotna jest tu wartość odniesionych sukcesów i poczucie, że wynikły one z własnych poczynań. Wykorzystuje się tu m.in. zdrowe zjawisko psychiczne tzw. „tendencję samoobronną”, która polega na przypisywaniu sobie odpowiedzialności za sukcesy, a czynnikom zewnętrznym - odpowiedzialności za porażki. Służy to ochronie poczucia własnej wartości. Tu istotny jest jeszcze jeden element, a mianowicie konieczność podniesienia samooceny. W wyuczonej bezradności jest ona zwykle dość niska, a w dodatku bywa źródłem jeszcze innego zjawiska, czyli samoutrudniania. Również służy ono (na krótką metę) obronie poczucia własnej wartości, ale nastawienie jest inne – jest to przewidywanie niepowodzenia i jednoczesne przygotowywanie takich wyjaśnień, dzięki którym można zachować poczucie zdolności do działania czy rozwiązania sytuacji.
Wyuczona bezradność często bywa źródłem nastawienia na „branie”, czyli postawy roszczeniowej (nazywanej też potocznie biorczością). Jeśli równocześnie z negatywnymi bodźcami pojawia się bezwarunkowe zaspokajanie potrzeb, czyli inaczej mówiąc w zamian za bezczynność otrzymuje się nagrody (wsparcie, pomoc) człowiek nastawia się, że wszystko to mu się należy, ponieważ on nie jest w stanie poradzić sobie samodzielnie. Postawy takie rodzą się nie tylko w dzieciństwie, ale także w życiu dorosłym. Człowiek stara się szukać wsparcia wszystkimi możliwym środkami, w czym – co paradoksalne – potrafi wykazać się dużym uporem, konsekwencją i siłą. Jeśli nie otrzymuje oczekiwanego wsparcia, nierzadko bądź pogrąża się w stanie apatii, bądź staje się agresywny.
Typowym przykładem biorczej postawy był (i zapewne nadal jest) jeden z naszych podopiecznych, który dotarł nawet do Rady Ministrów, by otrzymać wsparcie finansowe na mieszkanie dla niego, żony i trójki dzieci, ale wszystkie oferty pracy, nawet w specjalnie dostosowanych do jego indywidualnych potrzeb warunkach, odrzucał, motywując to stanem swojego zdrowia. Był u Rzecznika rządu ds. osób niepełnosprawnych, bywał u posłów na sejm, a organizacje pozarządowe, które odwiedzał trudno zliczyć. Kompletnie umykało mu i nie przyjmował tego do wiadomości, że praca zawodowa będzie kosztowała go mniej wysiłku, niż chodzenie od organizacji do organizacji, od urzędu do urzędu. Nie przyjmował nawet argumentów, że w ten sposób uczy też swoje dzieci, iż nie praca, a swego rodzaju „żebranie” może być źródłem osiągnięć.
Inny przypadek typowej postawy roszczeniowej to beneficjent jednego z projektów Stowarzyszenia, który twierdził, że wszystko, co otrzymuje mu się należy (tu bardzo kosztowne szkolenie), ponieważ płaci z renty podatki, a poza tym jest przecież niepełnosprawny. Jego zdaniem z tego powodu nie musiał też podlegać sprawdzaniu wyników swojej nauki i nie musiał przystępować do przewidzianych w projekcie egzaminów, ani nie musiał stosować się do obwiązujących wszystkich beneficjentów reguł. Dużo wysiłku wkładał przy tym w stawianie wszelkiego możliwego oporu.
Oba te przypadki mają wiele wspólnego, co można podsumować krótko: „należy mi się”. Osoby w ten sposób nastawione do życia są zdolne do używania wielu środków, by osiągnąć cel. Bardzo często stosują taktykę zmiękczania serca (urzędnika czy ewentualnego darczyńcy), czyli wzbudzenie u niego współczucia. Łzy, a nawet sposób mówienia i siedzenia mówią „jestem biedny”, „potrzebuję”, często wykorzystywanym „argumentem” są tu dzieci. Niektórzy potrafią nawet zagrozić, że nie wyjdą z biura, jeśli nie otrzymają tego, czego żądają. Sposób „na litość" to jeden koniec tego „kija”. Na przeciwległym znajdują się zachowania agresywne. Podniesiony głos, ton pełen pretensji, a niekiedy nawet słowna agresja ujawniają się najczęściej, gdy osoba taka usłyszy, że instytucja nie jest w stanie spełnić jej oczekiwań lub że pomoc taka jej nie przysługuje. Niektórzy tak wyspecjalizowali się w znajomości przepisów i instytucji, fundacji i organizacji wspierających, że dokładnie wiedzą, gdzie i jaką pomoc mogą otrzymać oraz jakie przysługują im ulgi, przywileje i zniżki.
Czy w obu przytoczonych powyżej przypadkach źródłem była wyuczona bezradność trudno powiedzieć, bowiem żaden z tych panów nie chciał spotkać się z psychologiem. Jednak źródłem postawy roszczeniowej może być także egoizm, egocentryzm, „życzeniowy” sposób myślenia. Bez wsparcia psychologa bardzo trudno zastosować jakiekolwiek metody, zaś osoby te na tyle „wygodnie się ustawiły” (w ich poczuciu), że nie są zainteresowane zmianą. I tu kółko najczęściej się zamyka. Takie postawy zweryfikować może tylko silna grupa, w której osoba taka narażona będzie na różne „sankcje” (zwracanie uwagi, krytyka, a nawet wykluczenie) wywołujące wstyd, zażenowanie. Może to jednak wywołać także bunt i agresję. Postawy roszczeniowe nierzadko wykorzystuje się do zachowań destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. „Skoro nie dostanę, to ja wam pokażę”. Efektem bywa bierny opór, wybuchy złości, niszczenie przedmiotów a nawet próby samobójcze.
W pracy – na przykład – taki pracownik, który uważa, że otrzymuje mniejsze wynagrodzenie, niż zasługuje, może czuć się usprawiedliwiony, gdy nie przykłada się do pracy. Bywa to także źródłem „sabotażu” – np. niszczenia narzędzi. Spotykana jest postawa odwrotna – altruistyczne poświęcenie albo wręcz pracoholizm, bo może w końcu ktoś zauważy, jak bardzo zasługuje się na nagrodę. Poświęcenie jednak ma zwykle też inne źródła niż roszczeniowość.
W postawie roszczeniowej charakterystyczne zwykle jest poczucie krzywdy, zazwyczaj porównanie z innymi wypada w oczach osoby biorczej negatywnie, otrzymuje mniej, jest jej trudniej, musi pokonać więcej trudności, ale – jej zdaniem – zupełnie na to nie zasłużyła. Psychologowie upatrują zazwyczaj przyczyn w rodzinie – nadopiekuńczości bądź nadmiernym rygoryzmie. Kłopot w tym, że postawy roszczeniowe powstają również w życiu dorosłym. O tym mało się mówi, a znalezienie materiałów fachowych na ten temat graniczy z cudem, więc pisać będę w oparciu o własne doświadczenie i złożone razem „strzępki informacji”. Moim zdaniem źródło postaw roszczeniowych pozostaje w przypadku osób dorosłych podobne, a mianowicie właśnie nadopiekuńczość lub zbyt wygórowane wymagania, ale tym razem nie koniecznie dotyczy to rodziców lub rodziny. Nadopiekuńcze może być państwo, nadopiekuńcze może być otoczenie. Podobnie działają zbyt duże bariery czy wymagania stawiane przez prawo lub pracodawców, czy grupę, w której człowiek przebywa najczęściej (spędza najwięcej czasu).
Nadmierne bariery stwarzają podstawę do pojawienia się wyuczonej bezradności. Pamiętać jednak musimy, że mamy do czynienia z osobą dorosłą, która chce być traktowana jak dorosła, ma jakieś potrzeby – np. osiągnięć – i musi je w jakiś sposób zaspokoić. Zwłaszcza, jeśli udało się jej wcześniej coś już osiągnąć, zagrożenie powstaniem postawy roszczeniowej jest duże. Największe zagrożenie dotyczy obszarów wpływających na potrzeby biologiczne, od tego bowiem zależy przetrwanie. Długotrwałe pozostawanie na granicy ubóstwa lub przedłużające się ubóstwo (zubożenie) czyli stan deprywacji materialnej powoduje, że człowiek stara się wszelkimi sposobami osiągnąć poprawę, tym bardziej, że czuje się skrzywdzony tym, co się stało. Jeśli ubóstwo jest „dziedziczne” (występowało w rodzinie) następuje najczęściej powrót do wyuczonych zachowań, nierzadko właśnie bezradności, ale bywa, że poczucie krzywdy zaczyna dominować, bo dotyczy także innych osób, i to bliskich, na których człowiekowi najbardziej zależy. Jeśli jest to coś „nowego” poczucie krzywdy jest także bardzo dojmujące, zaś pogłębiane jest ono nierzadko przez innych członków rodziny, którzy albo otaczają takiego „nieszczęśnika” opieką i wsparciem, albo dają do zrozumienia, że człowiek jest po prostu fajtłapą. W jednym i drugim przypadku efekt może być taki sam: najpierw oczekuje się od rodziny, a potem od reszty otoczenia.
Opiekuńcze państwo, pozwalające „wygodnie się ustawić” osobom, które napotkały jakieś poważne przeszkody prowadzi do sytuacji, w których – dokładnie na takich samych zasadach – ci, którym się z jakiegoś powodu nie udaje uważają, że powinni dostać wsparcie. A że najczęściej za swoją sytuację winią właśnie państwo (prawo, urzędników itd.), które wyrządziło im krzywdę, to przecież powinni dostać coś w zamian. Osoby niepełnosprawne z kolei uważają, że zostały pokrzywdzone przez los – jeśli tak ich się traktuje – i skoro nie ponoszą za to winy, to z mocy prawa mogą swobodnie korzystać ze wsparcia społecznego, czyli podatników. Takie jest prawo i im się należy. Podobnie działają mechanizmy w przypadku, gdy przepisy lub warunki życia stwarzają zbyt wiele barier.
Postawę roszczeniową łatwo jednak pomylić z domaganiem się respektowania swoich słusznych praw. Najlepiej widać to w sytuacji osób z niepełnosprawnościami. Dla nich krawężniki, schody, turnikiety (drzwi obrotowe), stojące na środku kosze na śmieci stanowią często przeszkody nie do przebycia, a przecież mają oni prawo do dostępu do takich samych usług, jak cała reszta społeczeństwa. Praca oferowana takim osobom to zwykle niższe stanowiska i gorzej płatne, tylko dlatego, że „tak się utarło”, iż są mniej efektywni, mniej zdolni, mają mniejsze możliwości. Ja sama, szukając pracy przez prywatne agencje niejednokrotnie usłyszałam, że „ofert dla osób niepełnosprawnych u nas nie ma”, przy czym bez znaczenia pozostawały moje kwalifikacje i zawód, który z chodzeniem, ani bieganiem nie ma w zasadzie nic wspólnego, a „głowę mam zdrową”. Żeby jednak nie sprowadzać sprawy tylko do niepełnosprawności inny przykład: jeśli kobiety pracują tak samo, jak mężczyźni, wykonują tę samą pracę, to mają prawo domagać się wynagrodzenia na poziomie, jaki otrzymują mężczyźni, podobnie awansów, czy też szacunku dla ciężkiej pracy w domu.
Nie należy przy tym zapominać, że to co dla jednych jest luksusem, dla kogoś innego może być niezbędne do życia. Samochód, zmywarka, czy asystent to nie wygodnictwo, ale możliwość wykonywania codziennych czynności, pracy, załatwienia swoich spraw, czyli po prostu samodzielności. Potrzeba posiadania samochodu (np. osoby z niepełnosprawnością ruchową) nie jest wyrazem postawy roszczeniowej, ale wynikiem barier, z jakimi musi się ona borykać w otoczeniu. Jest to więc nie jej problem, ale głównie społeczeństwa, które mniejszości traktuje, jak nieistniejące. A przynależność do mniejszości nie odbiera prawa do życia na takim samym poziomie, jak wszyscy inni obywatele.
Problem zaczyna się dopiero w tym, jak konkretna osoba podchodzi do swoich praw i jak je egzekwuje. W przypadku osób bezradnych sprawa bywa prostsza. Zwykle potrzebuje ona wsparcia psychologa, zarówno indywidualnego, jak i w grupie. Z bezradnością można sobie poradzić, choć nie jest to łatwe i wymaga naprawdę długiej i potężnej pracy, bo zmiana postrzegania siebie i świata nie jest prosta. Zwłaszcza gdy bariery i przeszkody, które je wywołały nie znikają, podczas gdy podniesienie poczucia własnej wartości wymaga sukcesów. Osiąga się to zwykle metodą małych kroków, wymaga to więc długiego czasu i podtrzymywania na drodze zmian. I praca ta może być skazana na niepowodzenie jeśli nic nie zmieni się w otoczeniu. Tu z kolei wskazana byłaby też praca z rodziną, która rzadko chce współpracować, nie dostrzegając swojego wpływu i nie doceniając swojej roli w procesach zmian. Poza tym zwykle już na taką pracę brak funduszy, bo przecież – w nierzadkim mniemaniu decydentów – aktywizować trzeba osobę, a nie jakieś jej otoczenie, które "jakoś" sobie radzi (zwykle nie wiadomo jak sobie radzi, bo informacja też kosztuje, zwłaszcza trudno to sprawdzić jeśli osoby te nie należą do określonej „kategorii wsparcia”). Z kolei w przypadku postaw roszczeniowych pracę należałoby rozpoczynać właśnie od otoczenia, a z tym rzadko kiedy terapeuci mają kontakt i tu także rzadko otoczenie chce współpracować, podobnie, jak w poprzedniej sytuacji.
Gorzej z państwem i społeczeństwem. Zjawiska dotyczące szerszej społeczności mają mniejszą dynamikę, trudniej jest osiągnąć pozytywne i prawidłowe zmiany. Łatwo tu też o ekstrema i o „wylanie dziecka z kąpielą”. Skoro bowiem nie należy zbyt dużo pomagać, to nie pomagajmy. A skoro należy pomagać, to dajmy. Przyczyny takiego postępowania zwykle leżą w braku wiedzy, trudno bowiem oczekiwać, by wszyscy byli – nawet w jakimś stopniu – fachowcami w dziedzinach społecznych. Wytworzenie systemu wsparcia pod warunkiem pewnych oczekiwanych zachowań czy postępowania (inwestowania w potrzebujących) wymaga wielu lat pracy. Takie warunki jednak zaczyna się już wprowadzać w państwach Zachodu, który już mocno zawiódł się na polityce opiekuńczości i gdzie systemy zabezpieczenia społecznego nieomal już zbankrutowały. W Polsce ciągle jeszcze obowiązuje system „rozdawania” świadczeń, który – i to stwierdza wielu badaczy i osób działających na polu wsparcia społecznego – jest źródłem powstawania niekorzystnych postaw (zarówno dla społeczeństwa, jak i samych osób zainteresowanych).
Tak więc zdarza się, że jako ludzie czy organizacja nie jesteśmy w stanie pomóc osobom, które o tę pomoc się zwracają, ale nierzadko na przeszkodzie leżą nie tyle problemy obiektywne, co ich własne postawy. Pozostaje żal do świata i poczucie krzywdy, a ci którzy próbują pomóc, także muszą sobie poradzić z tym, że są bezsilni. To niełatwe dla obu stron, ale to ci, którzy prezentują postawy roszczeniowe lub nie chcą wyjść z bezradności, ponoszą największe straty. Bo w ostatecznym rozrachunku kiedyś możliwości i siły otoczenia wyczerpują się, a oni zostają sami.
Tym razem chyba wystarczy (wpisy robią się coraz dłuższe), ale że z pomaganiem łączy się też kwestia wypalenia zawodowego „pomagaczy”, postaram się więc i o tym napisać „parę słów”.
Do zobaczenia :)
niedziela, 1 lutego 2009
No i znów się Pan Prezydent po-PiS-ał...
Na stronach Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej przeczytałam co następuje: "W dniu 29 listopada 2008 r. Prezydent RP odmówił podpisania ustawy z dnia 17 października 2008 r. o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz niektórych innych ustaw. [...] Prezydent podnosi, że renta z założenia jest świadczeniem kompensującym utratę lub ograniczenie zdolności zarobkowania i dochód z pracy powinien mieć charakter uzupełniający. W przekonaniu Prezydenta zniesienie instytucji zmniejszania albo zawieszania prawa do renty z tytułu niezdolności do pracy pozbawia rentę tego charakteru."
Może szlag jasny by mnie jeszcze nie trafił, gdyby do tego PiS nie atakował mnie wkurzającym spotem reklamowym, jak to dobrze było za rządów PiS, ile miejsc pracy stworzono i jak to się za ich czasów najuboższym szło - i nadal jak widać chodzi - "na rękę", kobietom dawało się nowe możliwości, o czym mają świadczyć elegancko ubrane „kobiety PiS” (choć widać doskonale, iż nie szata czyni człowieka). Jakby tego było mało, na kongresie partii, Szanowny Pan Były-Premier przeprasza "wyksztłciuchów" za swoje słowa i zachowanie, jak dziecko, które nabroiło i uważa, że powiedzenie "przepraszam" wszystko naprawi.
Mam tego pecha, że jestem "wyksztłciuchem" i rozumienie tekstów pisanych i mówionych mam opanowane, do tego mam niezłą pamięć i umiejętności być może rzadkie, ale przydatne, tzn. analizowania danych, łączenia faktów, planowania strategicznego, rozwiązywania problemów, itp. A przydatne zwłaszcza z tego powodu, że nie tylko jestem kobietą, w dodatku tzw. 45+, czyli taką, która nawet wiek balzakowski ma już w zasadzie za sobą i mini spódniczki do pracy nie założy, co oznacza, że przeciętny szef koso na mnie będzie patrzył. Do tego jednak jestem na rencie, która przy jej wysokości nieco większej niż 590 złotych (polskich nowych) "na rękę" wymaga niezłego "łba do finansów". Żeby z tego zapłacić: i czynsz w wysokości (po ostatnich podwyżkach) 400 złotych miesięcznie (za 29,7 m., żeby ktoś nie pomyślał, że za pałac Lubomirskich), i za energię elektryczną średnio 135 złotych, i za gaz - średnio 35 złotych, trzeba być cudotwórcą, bo - jak powiada stare przysłowie - "z próżnego i Salomon nie naleje". A przecież prosta matematyka w zakresie podstawowych działań, czyli dodawania i odejmowania wskazuje, że zostaje mi "na życie" 20 złotych miesięcznie. No dobrze, dostaję też 150 złotych zasiłku pielęgnacyjnego, jako osoba ze "znacznym stopniem niepełnosprawności", co pozwala mi szaleć za 170 złotych miesięcznie, czyli - sięgając do "wyższej" matematyki - średnio 5,67 złotych dziennie z przeznaczeniem i na mydło, i na powidło. Już takich kwestii jak zapewnienie sobie tzw. "pomocy środowiskowej", która jest odpłatna i na którą powinnam - z założenia - przeznaczyć (czytaj: dołożyć) ów zasiłek, podnosić nie będę, bo to już będzie "czepialstwo", choć przecież owego "znacznego stopnia" nie dostałam "za piękne oczy", bo takich cudeniek nie rozdaje się na lewo i prawo bez powodu (ale do tego jeszcze wrócę).
Jednocześnie koszt utrzymania więźnia w naszym kraju wylicza się na ok. 2.000 złotych miesięcznie, tłumacząc między innymi, że jest to koszt zabezpieczenia społeczeństwa przed przestępcami i zrozumiałe jest, że w tym są pensje strażników, urzędników, samochodów, koszty nieruchomości itp. Jeśli jednak bliżej się temu przyjrzeć, to same koszty wyżywienia jednego więźnia stanowią ok. 10 złotych dziennie, a więc "powidło" to dwa razy więcej niż ja mogę wydać, co oznacza, że rencista z takim dochodem jak mój, rolowany jest "bez mydła" na pozycję gorszą niż przestępca. Przy tym więźnia się jeszcze ubiera, ja zaś mogę ubrać się co najwyżej w reklamówki z hipermarketu, bo te dostanę „za darmo” robiąc zakupy, a że zakupy - siłą rzeczy - skromne to i reklamówek, jak na lekarstwo, co może i dobre jest bo leków za swoją rentę już też nie kupię.
Jakby tego było mało, okazuje się, że jak tylko pójdę do pracy, zaraz zaczną się dodatkowe schody. Osiąganie bowiem przychodu przekraczającego 70% kwoty przeciętnego wynagrodzenia za kwartał kalendarzowy, ogłoszonego przez prezesa GUS, powoduje zmniejszenie renty o kwotę przekroczenia, nie więcej jednak niż o kwotę maksymalnego zmniejszenia, zaś przy przekroczeniu 130% przeciętnego wynagrodzenia - renta ulega zawieszeniu.
Przyjrzyjmy się temu bliżej, bo ciekawe to jest niezmiernie. Otóż owe 70% przeciętnego wynagrodzenia to (od 1 grudnia 2008 r.) 2.078,00 złotych brutto, co daje ok. 1.459 złotych "do ręki", zaś 130% to (od 1 grudnia 2008 r.) 3.859,20 zł, co daje ok. 2.670 złotych do wypłaty. Przy tym przy przekroczeniu owych 70% - co się zdarza pracującym rencistom najczęściej - odliczana jest od renty tzw. kwota maksymalnego zmniejszenia, wynosząca 440,24 złotych, nie wiadomo czy brutto, czy netto, bo tego jakoś nikt wyraźnie nie artykułuje. Zastrzeżenie, że renta "ulega zmniejszeniu o kwotę przekroczenia" oznacza, że jeśli ktoś przekroczy owe 1.459 złotych o 20 złotych, to odlicza mu się owe 20 złotych, ale jeśli przekroczy już o 441 złotych, to odlicza mu się 440,24 złotych.
W praktyce oznacza to, że jeśli przekroczę kwotę 1.800 złotych, to od moich 590 złotych odejmie mi się kwotę maksymalnego zmniejszenia, czyli z renty zostanie mi mniej niż 200,00 złotych (optymistycznie, czyli netto licząc i jeśli dobrze obliczyłam, bo konia z rzędem temu, kto za tym trafi). Oznacza to, że jeśli pracuję jako pomoc biurowa, to mam murowane odejmowanie od renty, bo zarobki takowej pomocy, dozwolony dla mnie dochód przekraczają. Ale jako "wykształciuch" na kierowniczym stanowisku zarabiam więcej (w niepełnym wymiarze godzin, co zmniejsza mój dochód o 440,24 zł. a czasem więcej) więc tracę rentę, bo by mi się we łbie poprzewracało, gdybym miała więcej niż samą pensję. (Pomijam tu tworzenie całej wymaganej przez ZUS „papierologii” z tym związanej i zawracanie głowy, nie tylko mojej).
Jeśli do tego dołoży się informację, że przeciętna renta z tytułu niezdolności do pracy w tym kraju (według GUS) wynosi 1.041,26 złotych brutto – czyli ok. 600-700 złotych netto – to obliczenie moje uogólnić można na całe niemal środowisko rencistów, a "niemal", bo ograniczenie nie dotyczy "renty inwalidy wojennego i rent rodzinnych po tym inwalidzie" oraz "renty inwalidy wojskowego, którego niezdolność do pracy powstała w związku ze służbą wojskową i rent rodzinnych po tym inwalidzie".
I wszystko to jeszcze byłoby - w pewnej mierze - zrozumiałe, bo w końcu skoro zarabiam "dostatecznie dużo", to niby dlaczego ma mi do tego dopłacać państwo (o tym później), chociaż przecież na taki właśnie "wszelki wypadek" płaciłam (i nadal płacę) składki na ubezpieczenie rentowe w ZUS. Prawdziwy problem jednak powstaje gdy ZUS orzeka o mojej rencie. Bowiem orzeczenie, które posiadam powiada (zgodnie z przepisami), że jestem "całkowicie niezdolna do pracy". Jako że ZUS sam orzeka dla siebie i potem sam to wypłaca, to orzeka jak najniżej się da, albo "uzdrawia" chorego, żeby nie płacić. Zawieszenie więc wypłaty renty oznacza, że jestem "zdolna do pracy", i renta mi się nie należy. Oczywiście nikt tego oficjalnie nie przyzna, ale życie i rosnąca liczba spraw sądowych przeciw ZUS pokazuje bardzo dobitnie i to w przypadku wielu osób, co i w jaki sposób ZUS robi w tym zakresie.
Do tego rentę przyznaje mi się na rok do dwóch (nie więcej!) bo – jak powiedziała Pani Orzecznik – "za młoda jestem na to, by skazać mnie na świadomość, że do końca życia nie będę zdolna do pracy”, tak jakbym była nieświadoma tego na co choruję i jak to się skończy. Zmusza to mnie do dodatkowego biegania między specjalistami, zapracowanych, opłacanych z FOZ (bo prywatnego specjalisty ZUS nie uznaje) specjalistów - do wypisywania w kółko niemal tego samego, jakby cud miał się stać pewnego razu i nagle nieuleczalna choroba miałaby przejść "sama".
A teraz - po koniecznych wyjaśnieniach - wrócę do tego co Pan Prezydent wymyślił, jako uzasadnienie swojego weta, do owego „znacznego stopnia niepełnosprawności”, którego za ładne oczy nie dostałam oraz tego co wcześniej nazwałam - w odniesieniu do zarobków - "dostatecznie dużo".
Otóż stan mojego zdrowia oceniono w ten sposób w Powiatowym Zespole ds. Orzekania o Niepełnosprawności, a więc w organie niezależnym od ZUS, zaś organ ten orzekając, nie kieruje się taką przesłanką, jak konieczność wypłacania świadczenia, jako konsekwencji orzeczenia niepełnosprawności. Zatem można mieć minimum pewności, że stan mojego zdrowia został oceniony w oparciu o fakty. Oznacza to, że naprawdę potrzebuję pewnego wsparcia i pomocy, aby móc funkcjonować względnie „normalnie”.
Owo „normalne” funkcjonowanie to między innymi prawo do pracy, którą z resztą uważa się - i słusznie - za najskuteczniejszą rehabilitację, w tym także społeczną, czyli zapobiegającą "rozleniwieniu" i „zdziczeniu”. Dlatego dopłaca się do zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami, wpiera aktywność zawodową przez różniste szkolenia. Państwo mi przy tym łaski nie robi, bo pracując i płacę podatki, tworząc dochód narodowy, i „schodzę z głowy” pomocy społecznej, bo na chleb mam.
Tyle, że ów chleb w moim przypadku droższy jest. Żeby dotrzeć do pracy potrzebuję samochodu, bo komunikacja miejska, jaka jest każdy widzi, nie mówiąc o szarpaniu, łokciach w kręgosłupie (operowanym przez kilkanaście godzin przez trzech neurochirurgów i rehabilitowanym przez dwa lata intensywnej pracy mojej i kilkunastu - jeśli nie więcej - osób) w tłoku i innych rodzajach "gimnastyki". Utrzymanie własnego środka lokomocji pociąga za sobą niemałe koszty, począwszy od paliwa i napraw, a na obowiązkowym ubezpieczeniu skończywszy. Do tego potrzebuję innych urządzeń, dość powszechnie uważanych za luksusowe, czyli np. zmywarki, (bo ręce mam niezbyt sprawne i stać przy zlewozmywaku nie dam rady), bądź pralki z suszarką (bo mi ciężko powiesić mokre, choć drążki mam obniżane do poziomu twarzy). Najważniejsze zaś, że bez tych dodatkowych "narzędzi" za pioruna nie zdążę zrobić tego co dla każdego człowieka konieczne - ugotować i posprzątać, czy uprać do pracy ubranie, nie mówiąc o kąpieli, żeby współpracownicy nosa z niesmakiem nie marszczyli. "Głupie odkurzanie" zajmuje mi jakoś dziwnie dużo czasu (mojej sprawnej przyjaciółce idzie to dziesięć razy szybciej), a czasu mam tyle samo po pracy co tzw. pełnosprawni. Nie wspomnę już o wyposażeniu łazienki w uchwyty i inne wymysły, które pozwolą mi się nie zabić podczas koniecznych przecież zabiegów higienicznych. Do tego łóżko, na którym dam radę spać i wypocząć przed pracą, i inne meble (co niektóre powinnam zrobić na zamówienie, bo standardowe robione są dla osób sprawnych), i temu podobne konieczności, bez których życie staje się już nie trudne, ale koszmarne. Do tego nie zapomnijmy dodać wizyt lekarskich, które - żeby dać radę pracować - składać muszę, a które jakoś dziwnie potrafią zająć całe godziny, choć samo badanie trwa zwykle około kilkunastu minut.
Jakby więc nie liczył, wydatki, które muszę ponieść na swoje życie większe są niż przeciętne i to, że niczyja to wina, niczego nie zmienia. Bowiem płacę przy tym magiczny i niemały podatek VAT, o którym Pan Prezydent jakoś dziwnie zapomniał i pracę daję ludziom, którzy mi uchwyty montują, naprawiają auto i inne sprzęty, i akcyzę w paliwie jeszcze dokładam. I to wszystko "z musu", a nie dobrej woli i choć na brak tej ostatniej nie narzekam, to faktów nie zmienia.
Do tego wszystkiego stwarzam rację bytu ośrodków rehabilitacyjnych, gdzie w końcu też ludzie pracują, sanatoriów i ośrodków prowadzących turnusy rehabilitacyjne, za co płacę z ciężko zapracowanej pensji, bo rentę mi zabrano, a wszystko to dlatego, że praca świetnym sposobem rehabilitacji jest, ale też - jako „wykształciucha” - rehabilituje mnie dość jednostronnie, siedzeniem przy komputerze, zaś - jak każdego człowieka - zwyczajnie męczy, dokładając mi niestety przy tym obciążenie, które przy moim stanie zdrowia jest większe, niż u „każdego człowieka”, co po jakimś czasie bez dodatkowej rehabilitacji spowoduje, że szybko „spadnę na głowę” opiece społecznej i podatki płacić przestanę.
Panu Prezydentowi więc wyraźnie pomyliło się - nie po raz pierwszy i nie tylko w tej dziedzinie - co tu jest dodatkiem do czego, jako że trudno uznać, by 590 złotych renty miało stanowić podstawę - chyba, że jak przy cyklonie B: długość komina x prędkość wiatru - zaś trzykrotnie większy dochód miałby być dodatkiem. Jak sam Pan Prezydent argumentuje, renta z założenia jest świadczeniem kompensującym utratę lub ograniczenie zdolności zarobkowania, co ustala porządek rzeczy właśnie w takiej kolejności, że renta jest dodatkiem z tytułu częściowej lub całkowitej utraty zdolności do pracy, a nie na odwrót, jako że pracować mi powyżej 7 godzin dziennie ani w nocy nie wolno i słusznie, bo przecież nie bez powodu orzeczono „znaczny stopień niepełnosprawności”. Ów „znaczny stopień” z resztą oznacza również, że i miejsce pracy powinnam mieć odpowiednie do swoich potrzeb, przysługuje mi dodatkowa przerwa w pracy i dodatkowy urlop wypoczynkowy, czego koszty ponoszą pracodawcy (bo nie państwo przecież, chyba, że pracuję w administracji państwowej, a tak nie jest), bo uzyskanie w tym pomocy państwa wpędza pracodawcę w dodatkowe koszty obsługi tych tzw. ulg. Do tych „przywilejów” jeszcze w swoich pamiętnikach wrócę, bo to „osobny rozdział w historii wszechświata” i to dosłownie, bo że Polak wszystko skomplikować i postawić na głowie potrafi, świadczy ten system niezwykle dobitnie.
Ciekawe, że Pan Prezydent nie dostrzega również i tego, że biernych zawodowo w roku 2007 było 84,9% osób niepełnosprawnych w wieku 15 lat i więcej i 77,4% osób w wieku produkcyjnym, system pomocy społecznej wyraźnie się "nie wyrabia", a to przecież ma swoje przyczyny.
Reasumując ten tak długi tekst - bo tego w krótkich, a nieobraźliwych słowach ująć się nie da - Panu Prezydentowi i jego doradcom za „myślenie” wielkie biję brawo, mając coraz większą ochotę bombę pod pałac Prezydencki podłożyć i na „utrzymanie więźnia” przejść, bo tam nie tylko dietę odpowiednią do swoich potrzeb dostanę i leki nieodpłatnie, ale także kufajkę na plecy, rehabilitację i posługę duszpasterską odpowiednią do mojego wyznania, a gdybym taką potrzebę miała, to jeszcze pokoik intymnych spotkań mi udostępnią. A to wszystko miałabym pracując gdzieś w bibliotece więziennej lub innym tego typu przybytku, bo do pralni się nie nadaję.
To, co pokazał Pan Prezydent powoduje, że pytam: ile trzeba mieć zdrowia, żeby w naszym - podobno - kraju być rencistą?
Niepełnosprawny rencista...
... czyli masło maślane, wydawałoby się, ale tylko pozornie, bo - jak wieść gminna niesie - są pełnosprawni renciści. Jako nieuleczalna optymistka wierzę jednak, że jest to margines a - jako praworządny obywatel - chcę odciąć się od marginesu tego rodzaju.
Pozarządowiec zaś to takie dziwne bardzo zwierzę, które daje, nie oczekując, że ktoś mu się za to zrewanżuje albo chociażby powie "dziękuję", bo nie po to to robi, ale w zamian za to życie ma - jak pokaże ten blog - ciekawe, dokładnie tak, jak w znanych chińskich życzeniach: "obyś żył w ciekawych czasach".
Pozdrawiam Czytelniczki i Czytelników, polecając się pamięci
Nevada
Subskrybuj:
Posty (Atom)

