niedziela, 1 lutego 2009
No i znów się Pan Prezydent po-PiS-ał...
Na stronach Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej przeczytałam co następuje: "W dniu 29 listopada 2008 r. Prezydent RP odmówił podpisania ustawy z dnia 17 października 2008 r. o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz niektórych innych ustaw. [...] Prezydent podnosi, że renta z założenia jest świadczeniem kompensującym utratę lub ograniczenie zdolności zarobkowania i dochód z pracy powinien mieć charakter uzupełniający. W przekonaniu Prezydenta zniesienie instytucji zmniejszania albo zawieszania prawa do renty z tytułu niezdolności do pracy pozbawia rentę tego charakteru."
Może szlag jasny by mnie jeszcze nie trafił, gdyby do tego PiS nie atakował mnie wkurzającym spotem reklamowym, jak to dobrze było za rządów PiS, ile miejsc pracy stworzono i jak to się za ich czasów najuboższym szło - i nadal jak widać chodzi - "na rękę", kobietom dawało się nowe możliwości, o czym mają świadczyć elegancko ubrane „kobiety PiS” (choć widać doskonale, iż nie szata czyni człowieka). Jakby tego było mało, na kongresie partii, Szanowny Pan Były-Premier przeprasza "wyksztłciuchów" za swoje słowa i zachowanie, jak dziecko, które nabroiło i uważa, że powiedzenie "przepraszam" wszystko naprawi.
Mam tego pecha, że jestem "wyksztłciuchem" i rozumienie tekstów pisanych i mówionych mam opanowane, do tego mam niezłą pamięć i umiejętności być może rzadkie, ale przydatne, tzn. analizowania danych, łączenia faktów, planowania strategicznego, rozwiązywania problemów, itp. A przydatne zwłaszcza z tego powodu, że nie tylko jestem kobietą, w dodatku tzw. 45+, czyli taką, która nawet wiek balzakowski ma już w zasadzie za sobą i mini spódniczki do pracy nie założy, co oznacza, że przeciętny szef koso na mnie będzie patrzył. Do tego jednak jestem na rencie, która przy jej wysokości nieco większej niż 590 złotych (polskich nowych) "na rękę" wymaga niezłego "łba do finansów". Żeby z tego zapłacić: i czynsz w wysokości (po ostatnich podwyżkach) 400 złotych miesięcznie (za 29,7 m., żeby ktoś nie pomyślał, że za pałac Lubomirskich), i za energię elektryczną średnio 135 złotych, i za gaz - średnio 35 złotych, trzeba być cudotwórcą, bo - jak powiada stare przysłowie - "z próżnego i Salomon nie naleje". A przecież prosta matematyka w zakresie podstawowych działań, czyli dodawania i odejmowania wskazuje, że zostaje mi "na życie" 20 złotych miesięcznie. No dobrze, dostaję też 150 złotych zasiłku pielęgnacyjnego, jako osoba ze "znacznym stopniem niepełnosprawności", co pozwala mi szaleć za 170 złotych miesięcznie, czyli - sięgając do "wyższej" matematyki - średnio 5,67 złotych dziennie z przeznaczeniem i na mydło, i na powidło. Już takich kwestii jak zapewnienie sobie tzw. "pomocy środowiskowej", która jest odpłatna i na którą powinnam - z założenia - przeznaczyć (czytaj: dołożyć) ów zasiłek, podnosić nie będę, bo to już będzie "czepialstwo", choć przecież owego "znacznego stopnia" nie dostałam "za piękne oczy", bo takich cudeniek nie rozdaje się na lewo i prawo bez powodu (ale do tego jeszcze wrócę).
Jednocześnie koszt utrzymania więźnia w naszym kraju wylicza się na ok. 2.000 złotych miesięcznie, tłumacząc między innymi, że jest to koszt zabezpieczenia społeczeństwa przed przestępcami i zrozumiałe jest, że w tym są pensje strażników, urzędników, samochodów, koszty nieruchomości itp. Jeśli jednak bliżej się temu przyjrzeć, to same koszty wyżywienia jednego więźnia stanowią ok. 10 złotych dziennie, a więc "powidło" to dwa razy więcej niż ja mogę wydać, co oznacza, że rencista z takim dochodem jak mój, rolowany jest "bez mydła" na pozycję gorszą niż przestępca. Przy tym więźnia się jeszcze ubiera, ja zaś mogę ubrać się co najwyżej w reklamówki z hipermarketu, bo te dostanę „za darmo” robiąc zakupy, a że zakupy - siłą rzeczy - skromne to i reklamówek, jak na lekarstwo, co może i dobre jest bo leków za swoją rentę już też nie kupię.
Jakby tego było mało, okazuje się, że jak tylko pójdę do pracy, zaraz zaczną się dodatkowe schody. Osiąganie bowiem przychodu przekraczającego 70% kwoty przeciętnego wynagrodzenia za kwartał kalendarzowy, ogłoszonego przez prezesa GUS, powoduje zmniejszenie renty o kwotę przekroczenia, nie więcej jednak niż o kwotę maksymalnego zmniejszenia, zaś przy przekroczeniu 130% przeciętnego wynagrodzenia - renta ulega zawieszeniu.
Przyjrzyjmy się temu bliżej, bo ciekawe to jest niezmiernie. Otóż owe 70% przeciętnego wynagrodzenia to (od 1 grudnia 2008 r.) 2.078,00 złotych brutto, co daje ok. 1.459 złotych "do ręki", zaś 130% to (od 1 grudnia 2008 r.) 3.859,20 zł, co daje ok. 2.670 złotych do wypłaty. Przy tym przy przekroczeniu owych 70% - co się zdarza pracującym rencistom najczęściej - odliczana jest od renty tzw. kwota maksymalnego zmniejszenia, wynosząca 440,24 złotych, nie wiadomo czy brutto, czy netto, bo tego jakoś nikt wyraźnie nie artykułuje. Zastrzeżenie, że renta "ulega zmniejszeniu o kwotę przekroczenia" oznacza, że jeśli ktoś przekroczy owe 1.459 złotych o 20 złotych, to odlicza mu się owe 20 złotych, ale jeśli przekroczy już o 441 złotych, to odlicza mu się 440,24 złotych.
W praktyce oznacza to, że jeśli przekroczę kwotę 1.800 złotych, to od moich 590 złotych odejmie mi się kwotę maksymalnego zmniejszenia, czyli z renty zostanie mi mniej niż 200,00 złotych (optymistycznie, czyli netto licząc i jeśli dobrze obliczyłam, bo konia z rzędem temu, kto za tym trafi). Oznacza to, że jeśli pracuję jako pomoc biurowa, to mam murowane odejmowanie od renty, bo zarobki takowej pomocy, dozwolony dla mnie dochód przekraczają. Ale jako "wykształciuch" na kierowniczym stanowisku zarabiam więcej (w niepełnym wymiarze godzin, co zmniejsza mój dochód o 440,24 zł. a czasem więcej) więc tracę rentę, bo by mi się we łbie poprzewracało, gdybym miała więcej niż samą pensję. (Pomijam tu tworzenie całej wymaganej przez ZUS „papierologii” z tym związanej i zawracanie głowy, nie tylko mojej).
Jeśli do tego dołoży się informację, że przeciętna renta z tytułu niezdolności do pracy w tym kraju (według GUS) wynosi 1.041,26 złotych brutto – czyli ok. 600-700 złotych netto – to obliczenie moje uogólnić można na całe niemal środowisko rencistów, a "niemal", bo ograniczenie nie dotyczy "renty inwalidy wojennego i rent rodzinnych po tym inwalidzie" oraz "renty inwalidy wojskowego, którego niezdolność do pracy powstała w związku ze służbą wojskową i rent rodzinnych po tym inwalidzie".
I wszystko to jeszcze byłoby - w pewnej mierze - zrozumiałe, bo w końcu skoro zarabiam "dostatecznie dużo", to niby dlaczego ma mi do tego dopłacać państwo (o tym później), chociaż przecież na taki właśnie "wszelki wypadek" płaciłam (i nadal płacę) składki na ubezpieczenie rentowe w ZUS. Prawdziwy problem jednak powstaje gdy ZUS orzeka o mojej rencie. Bowiem orzeczenie, które posiadam powiada (zgodnie z przepisami), że jestem "całkowicie niezdolna do pracy". Jako że ZUS sam orzeka dla siebie i potem sam to wypłaca, to orzeka jak najniżej się da, albo "uzdrawia" chorego, żeby nie płacić. Zawieszenie więc wypłaty renty oznacza, że jestem "zdolna do pracy", i renta mi się nie należy. Oczywiście nikt tego oficjalnie nie przyzna, ale życie i rosnąca liczba spraw sądowych przeciw ZUS pokazuje bardzo dobitnie i to w przypadku wielu osób, co i w jaki sposób ZUS robi w tym zakresie.
Do tego rentę przyznaje mi się na rok do dwóch (nie więcej!) bo – jak powiedziała Pani Orzecznik – "za młoda jestem na to, by skazać mnie na świadomość, że do końca życia nie będę zdolna do pracy”, tak jakbym była nieświadoma tego na co choruję i jak to się skończy. Zmusza to mnie do dodatkowego biegania między specjalistami, zapracowanych, opłacanych z FOZ (bo prywatnego specjalisty ZUS nie uznaje) specjalistów - do wypisywania w kółko niemal tego samego, jakby cud miał się stać pewnego razu i nagle nieuleczalna choroba miałaby przejść "sama".
A teraz - po koniecznych wyjaśnieniach - wrócę do tego co Pan Prezydent wymyślił, jako uzasadnienie swojego weta, do owego „znacznego stopnia niepełnosprawności”, którego za ładne oczy nie dostałam oraz tego co wcześniej nazwałam - w odniesieniu do zarobków - "dostatecznie dużo".
Otóż stan mojego zdrowia oceniono w ten sposób w Powiatowym Zespole ds. Orzekania o Niepełnosprawności, a więc w organie niezależnym od ZUS, zaś organ ten orzekając, nie kieruje się taką przesłanką, jak konieczność wypłacania świadczenia, jako konsekwencji orzeczenia niepełnosprawności. Zatem można mieć minimum pewności, że stan mojego zdrowia został oceniony w oparciu o fakty. Oznacza to, że naprawdę potrzebuję pewnego wsparcia i pomocy, aby móc funkcjonować względnie „normalnie”.
Owo „normalne” funkcjonowanie to między innymi prawo do pracy, którą z resztą uważa się - i słusznie - za najskuteczniejszą rehabilitację, w tym także społeczną, czyli zapobiegającą "rozleniwieniu" i „zdziczeniu”. Dlatego dopłaca się do zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami, wpiera aktywność zawodową przez różniste szkolenia. Państwo mi przy tym łaski nie robi, bo pracując i płacę podatki, tworząc dochód narodowy, i „schodzę z głowy” pomocy społecznej, bo na chleb mam.
Tyle, że ów chleb w moim przypadku droższy jest. Żeby dotrzeć do pracy potrzebuję samochodu, bo komunikacja miejska, jaka jest każdy widzi, nie mówiąc o szarpaniu, łokciach w kręgosłupie (operowanym przez kilkanaście godzin przez trzech neurochirurgów i rehabilitowanym przez dwa lata intensywnej pracy mojej i kilkunastu - jeśli nie więcej - osób) w tłoku i innych rodzajach "gimnastyki". Utrzymanie własnego środka lokomocji pociąga za sobą niemałe koszty, począwszy od paliwa i napraw, a na obowiązkowym ubezpieczeniu skończywszy. Do tego potrzebuję innych urządzeń, dość powszechnie uważanych za luksusowe, czyli np. zmywarki, (bo ręce mam niezbyt sprawne i stać przy zlewozmywaku nie dam rady), bądź pralki z suszarką (bo mi ciężko powiesić mokre, choć drążki mam obniżane do poziomu twarzy). Najważniejsze zaś, że bez tych dodatkowych "narzędzi" za pioruna nie zdążę zrobić tego co dla każdego człowieka konieczne - ugotować i posprzątać, czy uprać do pracy ubranie, nie mówiąc o kąpieli, żeby współpracownicy nosa z niesmakiem nie marszczyli. "Głupie odkurzanie" zajmuje mi jakoś dziwnie dużo czasu (mojej sprawnej przyjaciółce idzie to dziesięć razy szybciej), a czasu mam tyle samo po pracy co tzw. pełnosprawni. Nie wspomnę już o wyposażeniu łazienki w uchwyty i inne wymysły, które pozwolą mi się nie zabić podczas koniecznych przecież zabiegów higienicznych. Do tego łóżko, na którym dam radę spać i wypocząć przed pracą, i inne meble (co niektóre powinnam zrobić na zamówienie, bo standardowe robione są dla osób sprawnych), i temu podobne konieczności, bez których życie staje się już nie trudne, ale koszmarne. Do tego nie zapomnijmy dodać wizyt lekarskich, które - żeby dać radę pracować - składać muszę, a które jakoś dziwnie potrafią zająć całe godziny, choć samo badanie trwa zwykle około kilkunastu minut.
Jakby więc nie liczył, wydatki, które muszę ponieść na swoje życie większe są niż przeciętne i to, że niczyja to wina, niczego nie zmienia. Bowiem płacę przy tym magiczny i niemały podatek VAT, o którym Pan Prezydent jakoś dziwnie zapomniał i pracę daję ludziom, którzy mi uchwyty montują, naprawiają auto i inne sprzęty, i akcyzę w paliwie jeszcze dokładam. I to wszystko "z musu", a nie dobrej woli i choć na brak tej ostatniej nie narzekam, to faktów nie zmienia.
Do tego wszystkiego stwarzam rację bytu ośrodków rehabilitacyjnych, gdzie w końcu też ludzie pracują, sanatoriów i ośrodków prowadzących turnusy rehabilitacyjne, za co płacę z ciężko zapracowanej pensji, bo rentę mi zabrano, a wszystko to dlatego, że praca świetnym sposobem rehabilitacji jest, ale też - jako „wykształciucha” - rehabilituje mnie dość jednostronnie, siedzeniem przy komputerze, zaś - jak każdego człowieka - zwyczajnie męczy, dokładając mi niestety przy tym obciążenie, które przy moim stanie zdrowia jest większe, niż u „każdego człowieka”, co po jakimś czasie bez dodatkowej rehabilitacji spowoduje, że szybko „spadnę na głowę” opiece społecznej i podatki płacić przestanę.
Panu Prezydentowi więc wyraźnie pomyliło się - nie po raz pierwszy i nie tylko w tej dziedzinie - co tu jest dodatkiem do czego, jako że trudno uznać, by 590 złotych renty miało stanowić podstawę - chyba, że jak przy cyklonie B: długość komina x prędkość wiatru - zaś trzykrotnie większy dochód miałby być dodatkiem. Jak sam Pan Prezydent argumentuje, renta z założenia jest świadczeniem kompensującym utratę lub ograniczenie zdolności zarobkowania, co ustala porządek rzeczy właśnie w takiej kolejności, że renta jest dodatkiem z tytułu częściowej lub całkowitej utraty zdolności do pracy, a nie na odwrót, jako że pracować mi powyżej 7 godzin dziennie ani w nocy nie wolno i słusznie, bo przecież nie bez powodu orzeczono „znaczny stopień niepełnosprawności”. Ów „znaczny stopień” z resztą oznacza również, że i miejsce pracy powinnam mieć odpowiednie do swoich potrzeb, przysługuje mi dodatkowa przerwa w pracy i dodatkowy urlop wypoczynkowy, czego koszty ponoszą pracodawcy (bo nie państwo przecież, chyba, że pracuję w administracji państwowej, a tak nie jest), bo uzyskanie w tym pomocy państwa wpędza pracodawcę w dodatkowe koszty obsługi tych tzw. ulg. Do tych „przywilejów” jeszcze w swoich pamiętnikach wrócę, bo to „osobny rozdział w historii wszechświata” i to dosłownie, bo że Polak wszystko skomplikować i postawić na głowie potrafi, świadczy ten system niezwykle dobitnie.
Ciekawe, że Pan Prezydent nie dostrzega również i tego, że biernych zawodowo w roku 2007 było 84,9% osób niepełnosprawnych w wieku 15 lat i więcej i 77,4% osób w wieku produkcyjnym, system pomocy społecznej wyraźnie się "nie wyrabia", a to przecież ma swoje przyczyny.
Reasumując ten tak długi tekst - bo tego w krótkich, a nieobraźliwych słowach ująć się nie da - Panu Prezydentowi i jego doradcom za „myślenie” wielkie biję brawo, mając coraz większą ochotę bombę pod pałac Prezydencki podłożyć i na „utrzymanie więźnia” przejść, bo tam nie tylko dietę odpowiednią do swoich potrzeb dostanę i leki nieodpłatnie, ale także kufajkę na plecy, rehabilitację i posługę duszpasterską odpowiednią do mojego wyznania, a gdybym taką potrzebę miała, to jeszcze pokoik intymnych spotkań mi udostępnią. A to wszystko miałabym pracując gdzieś w bibliotece więziennej lub innym tego typu przybytku, bo do pralni się nie nadaję.
To, co pokazał Pan Prezydent powoduje, że pytam: ile trzeba mieć zdrowia, żeby w naszym - podobno - kraju być rencistą?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz